RSS
 

Czy to była przyjaźń?

25 lip

To było w marcu ubiegłego roku, a ja dopiero teraz mogę o tym napisać, tak boleśnie przeżyłam fakt, że osoba, którą uważałam za swoją najlepszą przyjaciółkę, zawiodła mnie. Po 29 latach przyjaźni, usłyszałam od swojej przyjaciółki Marty takie słowa -
„Jestem teraz szczęśliwa i niepotrzebne mi są już żadne koleżanki ani przyjaciółki”.
Te słowa usłyszałam od niej na ulicy, jako odpowiedź na moje pytanie: „Kiedy się spotkamy na pogaduszki? ”
Przeżyłam szok, zatkało mnie i nie wiedziałam jak mam na nie zareagować. Łzy ścisnęły mi gardło, odwróciłam się na pięcie i po prostu odeszłam. Nie chciałam, aby Marta widziała, że płaczę. Bardzo szanuję Martę, zawsze liczyłam się z jej zdaniem, a nawet starałam się brać z niej przykład. Wydawało mi się, że byłyśmy sobie naprawdę bliskie. Okazało się, że to tylko ona była mi bliska.
Martę poznałam w pracy. Po paru latach naszej znajomości, jej mąż uległ wypadkowi w wyniku , którego miał amputowane nogi. Z czasem, wszyscy się od nich odwrócili. Ja byłam przy nich zawsze. Zapraszałam Martę na wszystkie swoje uroczystości rodzinne i towarzyskie, żeby choć na chwilę oderwała się od trudnej codzienności, oczywiście ja też bywałam na ich imprezach. Przez wiele lat, Marta, była zagubiona, cicha, skromna i nie miała dużo powodów do radości. W przeciwieństwie do mnie, nigdy mi się nie zwierzała. Choć moim zdaniem przyjaciółki powinny mieć do siebie zaufanie, ale brak zwierzeń ze strony Marty tłumaczyłam tym, że jest osobą zamkniętą i mało wylewną. Ja miałam troje dzieci i chorego męża, ona dwoje dzieci i męża inwalidę całkowicie od niej zależnego. Miałyśmy jedynie odmienne statusy materialne, co mnie zupełnie nie przeszkadzało. Kiedy Marcie było ciężko finansowo pomagałam jej na tyle na ile było mnie stać, co sprawiało mi dużo radości. Szczerze cieszyłam się, że mogę jej pomóc. Czasem były to pieniądze, ale raczej po prostu robiliśmy jej z moim mężem zakupy i dostarczaliśmy do domu. Widziałam, że Marta ma łzy w oczach, ale pamiętam swoje słowa , które jej wówczas powiedziałam – ”Martusiu, nie płacz, przyjaciółki powinny się wspierać, w życiu bywa różnie i może ja kiedyś przyjdę do Ciebie na talerz zupy”…. Wspierałam ją również psychicznie tak jak potrafiłam. Spędzałyśmy ze sobą dużo czasu i byłam przekonana, że się rozumiemy. Tyle nas przecież łączyło. Nawet święta spędzałyśmy przeważnie razem. Marta wiedziała o mnie wszystko, wiedziała co czuję, czego pragnę, kogo kocham, czego nie lubię, co mnie martwi itd. Nie miałam przed nią żadnych tajemnic. Traktowałam ją jak najbliższą mi osobę . Stawiałam ją zawsze na pierwszym miejscu, nawet przed swoim rodzeństwem, bo to z nią miałam najczęstszy kontakt i mieszkałyśmy blisko siebie. Wydawało mi się, że ona też jest w stosunku do mnie szczera i że nasze relacje oparte są na prawdziwej przyjaźni.
Marta pierwsza wiedziała o moich radościach, zmartwieniach czy tragediach. Natomiast ja musiałam się zawsze wszystkiego domyślać co ją cieszy, co smuci, jakie ma pragnienia, potrzeby i czego ode mnie oczekuje. Nie było to, ani łatwe, ani proste.
Sama NIGDY nic mi nie powiedziała. Choć byłyśmy tak różne, przez dwadzieścia 28 lat nawet się nie posprzeczałyśmy, a co dopiero mówić o kłótni. Myślałam, że tak powinno być między przyjaciółkami. Dzisiaj wiem, że to wcale nie było takie normalne, przyjaciółki czasem powinny się też posprzeczać, mieć inne zdanie, a nie tylko przytakiwać. Kiedy córki Marty poukładały sobie życie (dzisiaj dobrze prosperują) i wyprowadziły się z domu, tym samym i Marcie zaczęło nareszcie powodzić się dużo lepiej.  Pomimo, że Marta żyła z mężem jak pies z kotem ( przez wiele lat winiła go za swoje życie, ponieważ wypadek był z jego winy) , po wyprowadzeniu się córek , zrozumiała, że jeśli nie zmieni stosunku do męża, nie będzie miała nawet z kim porozmawiać w domu. Wróciła do Kościoła i Boga na którego, obraziła się po wypadku męża, przeszła na emeryturę , przestała burczeć na męża i zaczęła go lepiej traktować. Ich relacje zaczęły być przyjazne. Cieszyłam się z tego bardzo, bo zawsze uważałam, że los jest dla niej niesprawiedliwy. Zmiany w życiu Marty, oraz poprawa jej statusu materialnego, spowodowały, że diametralnie się zmieniła, niestety na gorsze. Stała się w rozmowach agresywna, złośliwa, wszystko krytykowała i podważała. Okazało się, że wcale nie jest osobą mało rozmowną i zamkniętą w sobie. Zaczęła mną i wszystkimi „dyrygować”, mówić jak mają lub powinni robić i postępować. Słuchałam ją, obserwowałam i nie poznawałam swojej przyjaciółki. Zadawałam sobie pytanie, jak ludzie mogą się aż tak bardzo zmienić? Może ona zawsze taka była, tylko jej sytuacja życiowa ją przerosła i przytłoczyła?
Kiedy usłyszałam od Marty słowa „Już nie potrzebuję żadnych koleżanek i przyjaciółek” coś we mnie pękło. Marta nieudolnie próbowała mnie przeprosić, ale podczas rzekomych przeprosin dowiedziałam się jaką nienawiścią i zazdrością pałała do mnie przez wiele lat. Wykrzyczała mi rzeczy, z których bardzo dawno temu jak na spowiedzi, jej się zwierzałam. Ze złością wykrzykiwała jakieś mało istotne rzeczy, które według niej nie powinnam w swoim życiu zrobić. Nawet nie pamiętałam pewnych sytuacji i zdarzeń, które przytaczała. Zaznaczam, że dotyczyło to przede mojego życia. Pomyślałam sobie wtedy, jakim to trzeba być człowiekiem, żeby dusić taką zazdrość i złość przez tyle lat, żeby w końcu po latach wykrzyczeć swojej przyjaciółce jej „błędy”? Celowo słowo błędy wzięłam w cudzysłów, bo moim zdaniem, to nie były błędy, lecz po prostu niezbyt trafnie podjęte decyzje. Każdy z nas musi w swoim w życiu podjąć wiele wyzwań i decyzji , ale to wcale nie oznacza , że wszystkie są dobre. Okazało się , że we wszystkim co robiłam Marta widziała zło, dlaczego nigdy nie rozmawiała ze mną na te tematy, choć ja zawsze się jej radziłam, ale ona tylko słuchała i potakiwała. Dlaczego tyle lat udawała moją przyjaciółkę? Pomimo, że Marta wykrzykiwała mi , śmieszne „zarzuty”,  tu może dam choć jeden przykład, Marta wykrzyczała mi jak mogłam ją zaprosić na imprezę do siebie, gdzie wszystkie kobiety były z partnerami, a ona była sama. Zaznaczam, że ja byłam wówczas wdową. Czy to nie jest śmieszny zarzut? A ja jeszcze się tłumaczyłam, mówiąc „przecież zapraszałam Cię na wszystkie swoje uroczystości”, żebyś oderwała się od codzienności i nie myślała o problemach, a Ty przychodziłaś i nigdy nic nie powiedziałaś.
No cóż, wiem o swojej przyjaciółce sporo, ale nigdy, przenigdy nie pomyślałabym nawet o tym, żeby mieć do niej jakieś pretensje i latami skrywać w sercu żale. To było przecież jej życie i miała prawo do popełniania błędów. Ona do dziś nie wie, że przez wiele lat zwierzał mi się jej mąż. Wiedziałam, że ten człowiek nie ma nikogo, komu mógłby się poskarżyć, więc jak do mnie zadzwonił, zawsze go wysłuchałam i pocieszyłam. Wiem, że próbował nawet popełnić samobójstwo, bo nie mógł już znieść traktowania go przez Martę. Na szczęście mu się nie udało. Tym sposobem byłam przyjacielem rodziny, bo Marty córki również mi się czasem zwierzały. Jednak wszystko o czym ze mną rozmawiali, do dziś zatrzymałam dla siebie. Nawet wtedy, kiedy płakałam, a Marta wyżywała się na mnie, ja milczałam. Na jej „oskarżenia” powiedziałam jej takie słowa – „wiesz Marto, nawet gdybyś w międzyczasie została panią lekkiego prowadzenia, alkoholiczką, czy narkomanką, bez względu na wszystko, zawsze pozostałabyś moją przyjaciółką. I tym stwierdzeniem, przerwałam wykrzykiwania Marty. Choć minęło od tamtej pory 16 miesięcy, wciąż zadaję sobie pytanie, dlaczego Marta czekała tyle lat, żeby wyrzucić z siebie wszystkie żale i pretensje?
Dzisiaj nadal utrzymujemy kontakt ze sobą, choć już nie tak częsty. Wybaczyłam jej, ale nie zapomniałam. Nasze relacje nigdy nie będą takie same. Pilnuję się i zwracam uwagę na to, co mogę, a czego nie mogę powiedzieć Marcie, bo nigdy nie wiadomo co usłyszę od niej za parę lub za paręnaście lat. Strach przed tym, żeby kiedyś znowu mnie nie skrzywdziła, paraliżuje mnie w naszych relacjach.
I tak mijają dni…tygodnie…miesiące… Wieczorem tuląc się do poduszki zadaję sobie pytania. Dlaczego tyle lat pozwoliła mi myśleć, że jest moim najlepszym przyjacielem? Dlaczego nie przerwała tej fałszywej przyjaźni wcześniej? Dlaczego zrobiła to dopiero wtedy kiedy poczuła się w życiu bezpiecznie? Czy koleżanki i przyjaciółki są wtedy zbędne?
Marta nigdy nie dowie się ile ta przyjaźń dla mnie znaczyła i jak dużą krzywdę mi wyrządziła odbierając mi wiarę w NIĄ.
…a myśląc o swojej najlepszej przyjaciółce dosłownie zatyka mnie z żalu i tęsknoty…bo ona zawsze będzie dla mnie ważna i na zawsze pozostanie w moim sercu.
P.S. Mam tyle empatii do ludzi, ale nie potrafię się przed nimi „bronić”… choć tak bardzo chciałabym się tego nauczyć.

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dawno mnie nie było.

02 sty

To już ponad rok od pierwszego wpisu. Zmieniłam adres Bloga, ponieważ wiedziałam, że nie będę w stanie pisać przez jakiś czas, a stali czytelnicy tego ode mnie oczekiwali. Nie wszystko można napisać i wytłumaczyć na Blogu. Co u mnie nowego? Na początku września, byłam tydzień w Wiedniu u Agnieszki. Byłyśmy same, ponieważ jej partner wyjechał do Sanatorium. Na krótko oderwałam się od szarej i smutnej codzienności.

Jeszcze dwa lata temu byłam pogodną, pełną życia osobą. Pomimo wielu traumatycznych przeżyć nigdy nie traciłam wiary w ludzi i nadziei, że będzie lepiej.
Już nie walczę, choć nie mogę powiedzieć, że się poddałam. Raczej pogodziłam się z tym, że już nic nie zmieni się w moim życiu.
W grudniu, wyszłam za mąż za pana X. Czy to była słuszna decyzja? Z przykrością muszę powiedzieć, że żyjemy razem, ale obok siebie. Mąż bardzo szybko powrócił do złych zachowań. Ja też nie jestem bez winy, choćby, dlatego, że się poddałam. Póki co, muszę wziąć głęboki oddech. Każde z nas ma swój świat, więcej nas dzieli niż łączy. Jest mi bardzo przykro i czuję się bezsilna. Zapytacie, dlaczego pomimo to zdecydowałam się na życie z panem X? Po pierwsze samotność mnie przeraża, po drugie, nie miałam już siły na jakiekolwiek zmiany. Człowiek czasem staje przed trudnym wyborem i z dwojga złego musi wybrać. Problem w tym, że nigdy nie wiemy, co, będzie dla nas lepsze i często nasze wybory są błędne. Myślę, że moja ogromna wiara w ludzi, przysłania mi ich prawdziwy obraz i charakter. Niektórzy powiedzą, że to nie wiara, lecz naiwność i głupota. Ja odpowiem, że wolę być „głupia” i „naiwna” niż stracić wiarę w ludzi. Choć przyznam się szczerze, że zaufanie do męża straciłam. Gdybym miała tą wiedzę, którą mam dzisiaj, zaledwie miesiąc po ślubie, nigdy nie wyszłabym za pana X.
Wyjaśnię tylko, że zrobił coś, co było dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Któregoś dnia, przypadkiem podeszłam, kiedy siedział przy komputerze i nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam. Szybko wygasił ekran. Zażądałam, więc, aby mi udostępnił swój komputer ( w przeciwieństwie do mnie wszystko ma na hasło). Ma bardzo rozbudowane PC ( 6 dysków) i dwa systemy. Był pewien, że sobie nie poradzę, ale się mylił. Na jednym z dysków znalazłam kopię swojego laptopa. Naprawdę się wściekłam, bo ja mu nigdy nigdzie nie zajrzałam, a on skopiował wszystko, nawet moją korespondencję z córką. Nie mam nic do ukrycia, ale uważam, że każdy człowiek ma prawo do odrobiny intymności.
To jeszcze nie wszystko. Kiedy zapytałam, po co to zrobił, ze stoickim spokojem, odpowiedział, że zrobił to dla mnie, żebym nie straciła zdjęć i danych. Zaznaczam, że mam dwa dyski zewnętrzne i zawartości mojego laptopa nic nie groziło. To była z jego strony arogancja i szczyt bezczelności, ponieważ znał moje zdanie na temat sprawdzania i kontrolowania kogokolwiek. Okazało się, że skopiował nie tylko laptopa, ale nawet stare płytki CD, gdzie zgrywałam dane zanim kupiłam dyski zewnętrzne. Mój mąż, to człowiek, który musi mieć pełną kontrolę nad swoją partnerką czy żoną, pod każdym względem.
Nie będę wspominała, na co natrafiłam i czego dowiedziałam się o mężu, przy okazji szukania na jego dyskach moich rzeczy. Zrobiłam to oczywiście za jego pozwoleniem, ponieważ postawiłam sprawę kategorycznie, że chcę usunąć to, co jest wyłącznie moje. To smutne, że tak bardzo mu ufałam, a on mnie zawiódł. Przyjęłam go pod swój dach, obdarzyłam uczuciem, dbam o dom i o niego, oddałam mu oddzielny, wygodny pokój wyłącznie do jego dyspozycji, gdzie, w spokoju może odpoczywać i rozwijać swoje hobby. Sama korzystam z pokoju z aneksem kuchennym i właściwie nie mam własnego kąta, gdzie mogłabym posiedzieć w ciszy. Jestem rozgoryczona, straciłam do męża zaufanie i wiem, że już mu nie zaufam ponownie. Jest mi naprawdę ciężko pogodzić się z tym, że poślubiłam człowieka, którego właściwie nie znam i nie wiem, na co go jeszcze stać.
Wieczorami tuląc się do poduszki, już o nic, nie pytam i nie proszę „swojego” Boga, już nie płaczę… Z niepokojem patrzę w przyszłość i zastanawiam się jak będzie wyglądało moje życie u boku męża, któremu nie ufam.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czyżby koniec niepewności?

06 lip

W maju i czerwcu sporo wyjeżdżałam. Byłam w Sanatorium, we  Włoszech (u rodziny), nad naszym morzem oraz u rodziny pana X. Po tych wyjazdach, znów miałam wiele wątpliwości, co do mojego partnera. Ale zdarzyło się coś, co odmieniło moje życie. Czyżby koniec niepewności?  Co takiego się wydarzyło? Otóż pomyślałam sobie, że jeśli mam być z panem X na dobre i złe to, on powinien wiedzieć o mnie wszystko i umożliwiłam mu poznanie mojej historii. Nie wiem, czy zrobiłam dobrze, czy źle, ale mu zaufałam. Ku mojemu zdziwieniu, jego stosunek do mnie diametralnie się zmienił.  Jest bardzo miły, ciepły i wyrozumiały. Mam nadzieję, że nie jest to tylko chwilowe „olśnienie”.  

Jednym słowem, moja cierpliwość i wyrozumiałość opłaciła się.  Tak jak już pisałam, łatwo się rozstać, ale trudniej stawić czoła przeciwnościom. Ja się nie poddałam. Jeśli mam, choć cień wątpliwości, że mogę kogoś skrzywdzić swoją oceną, daję szansę i staram się dotrzeć do prawdy. Nie żałuję swojej decyzji, ale mam świadomość, że nic nie trwa wiecznie. Dlatego też będę żyła i cieszyła się, tu i teraz, nie martwiąc się, co będzie dalej.

Zawsze robiłam to, co chcieli i oczekiwali ode mnie moi bliscy. Starałam się spełniać ich marzenia i zaspakajać ich potrzeby. Jeśli byłam niesprawiedliwa, to tylko w stosunku do siebie.  Wasze maile i komentarze, sprawiły, że zaczęłam „uczyć się” kochać siebie i chcieć coś dla siebie. Dostrzegliście we mnie wartościowego człowieka i sprawiliście, że po tylu latach, w końcu w to uwierzyłam. Dzięki Wam zdałam sobie sprawę, że takim bezgranicznym oddaniem moim bliskim, których kochałam, krzywdziłam siebie.

Kto by pomyślał, że z pisania bloga, wypłynie tak wiele dobrego. Ja jestem wdzięczna Wam, a niektórzy z Was dziękują mnie. To wzruszające. Jaki z tego wniosek?  Warto być szczerym i dzielić się z ludźmi swoimi problemami, rozterkami, radością i bólem.  Z każdej ludzkiej historii możemy wyciągnąć dla siebie coś pozytywnego. Coś, co sprawi, że zaczynamy myśleć i postrzegać inaczej.  W jaki sposób to robimy, nie jest ważne, ale nie zamykajmy się w sobie. Gdybym wcześniej wpadła na pomysł pisania bloga i spotkałabym się z tak wielką życzliwością ludzi, może moje losy potoczyłyby się lepiej, a może gorzej? Tego nie wiem, ale wierzę, że każdy z nas ma swoje przeznaczenie i nic nie dzieje się bez powodu.

Kochani,  dużo Wam zawdzięczam i nigdy o tym nie zapomnę.

 
Komentarze (30)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Naiwność czy tylko niepewność?

07 cze

Po tym jak pierwsze nasze święta Bożego Narodzenia, nie z mojej winy, spędziliśmy oddzielnie oraz wielu innych przykrościach jakie spotkały mnie ze strony pana X, coś we mnie pękło. Wiedziałam, że tak żyć nie chcę i nie będę. Jestem osobą, zgodną, która potrafi wytrzymać wiele, ale kiedy pewne granice zostają przekroczone, mówię DOŚĆ TEGO. Jasno, wyraźnie i stanowczo przedstawiłam panu X swoje zdanie na temat, jak widzę i wyobrażam sobie partnerstwo. Zdecydowanie przedstawiłam mu, jakie są moje potrzeby i oczekiwania. Był zaskoczony, ale ku mojemu zdziwieniu, przyznał mi rację i ze wszystkim się zgodził. Zaczął ze mną więcej rozmawiać, wspólnie uzgadnialiśmy wiele spraw. Wszystkie obowiązki zostały sprawiedliwie podzielone. Przez jakiś czas pan X naprawdę się starał, po czym znowu zapominał się i postępował jak dawniej.  I tak w kółko.  Raz było lepiej, to znów źle. Byłam tym zmęczona i pewnego dnia, powiedziałam mu, że chce się z nim rozstać.  Prosił i przekonywał mnie, że mu na mnie zależy, abym nie podejmowała decyzji zbyt pochopnie. Pierwszy raz w jego oczach widziałam szczerość. Długo rozmawialiśmy na różne tematy. Po tej rozmowie, stwierdziłam, że jego opanowanie i stoicki spokój były tylko pozorne. Stanowisko służbowe, jakie piastował przez ponad 30 lat wymagało od niego brak okazywania jakichkolwiek emocji. To mogło tłumaczyć wiele jego zachowań. Pomimo wątpliwości postanowiłam dać szansę naszemu związkowi. Doszłam do wniosku, że rozstać się jest bardzo łatwo, ale trudniej stawić czoła problemom. Jedno wiedziałam na pewno, że jeśli nam się nie uda, już nigdy nie będę próbowała układać sobie życia, a już na pewno nie zamieszkam z żadnym mężczyzną. Pomyślicie, że jestem naiwna wierząc w to, że człowiek może się zmienić?  Odpowiem, NIE, człowiek w tym wieku nie zmieni się i mam tego świadomość, ale zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę zupełnie nie znam pana X. Powoli i umiejętnie zaczęłam „wydobywać” z niego jego dobre cechy. Dużo z nim rozmawiałam i sygnalizowałam mu, jeśli zrobił mi przykrość. Twierdził, że nie zdawał sobie z tego sprawy. Choć nie zawsze mu to wychodziło, starał się nie powtarzać złych zachowań. Zauważałam to i doceniałam.

I tak mijały dni… tygodnie… miesiące…

Do dziś nie wiem, czy pan X jest dobrym czy złym człowiekiem. Chcę wierzyć, że jest dobry. W naszym związku nie ma miłości, nawet nie wiem czy jest z jego strony przyjaźń. Żyję w niepewności i gorąco wierzę, że z czasem staniemy się dla siebie bliscy. Może w naszym wieku to wymaga więcej czasu?  Staram się widzieć tylko dobre strony tego związku, bo takie oczywiście tez są. Chociażby fakt, że pomimo wszystko, mam przy panu X poczucie bezpieczeństwa. Czy to zbyt mało, aby „walczyć” o ten związek? Moim zdaniem to dużo, jeśli kobieta czuje się bezpiecznie. A co Wy o tym sądzicie? Jedno jest pewne, swoją oceną, nie chciałabym skrzywdzić ani pana X, ani siebie. Czas pokaże, jest dobrym doradcą.

I tak dotarliście ze mną do dnia dzisiejszego. Niektórzy z Was zadali mi pytanie, czy jestem szczęśliwa? Co to jest szczęście?  Każdy z nas ma swoją definicję tego magicznego słowa. Dla mnie szczęście w związku, to przede wszystkim świadomość, że jestem dla partnera/męża ważna, kochana i że on jest moim przyjacielem, na którym mogę polegać. Oczywiście to dotyczy obu stron. Biorąc pod uwagę, że nie mam żadnej z tych trzech rzeczy, to trudno jeszcze mówić o szczęściu.  Jedynym moim szczęściem jest moja córka Agnieszka. I na tym chyba zakończę swoją historię. Dziękuję, Wam za wsparcie i za to, że byliście ze mną.

Czy i o czym będę pisała dalej?  Jeszcze nie wiem.

Będą mijały dni… tygodnie… miesiące… może i lata, a ja wciąż będę wierzyła w lepsze jutro. Mam w sobie dużo pokory….

Będę rozmawiała ze „swoim” Bogiem i prosiła Go o zdrowie, siłę i wytrwałość. Wieczorami, tuląc się do poduszki czasem sobie popłaczę, ale wierzę, że nigdy się nie poddam. Byłam, jestem i mam nadzieję, że będę  NIEPOKONANA.

 

P.S. Pragnę podziękować wszystkim za komentarze i maile, jednocześnie bardzo przepraszam, za brak ostatnio moich komentarzy na Waszych blogach. Na bieżąco czytam wszystkie nowe posty i jestem z Wami myślami. Chcę tylko zapewnić Was, że z mojej strony nie jest to ignorancja, czy brak zainteresowania, lecz jakiś niewytłumaczalny dla mnie stan mojej duszy i umysłu. Nie wiem czy to chwilowa rezygnacja, czy wycofanie? A może po prostu nie ogarniam własnych myśli. Mam nadzieję, że tak jak zawsze, szybko się z tym uporam. Liczę kochani na Wasze zrozumienie i wszystkich cieplutko pozdrawiam.

 

 

 
Komentarze (32)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wszystko się zmieniło

23 maj

Jakież było moje zdziwienie, kiedy dosłownie od pierwszego dnia wspólnego zamieszkania, pan X zmienił się nie do poznania.  WSZYSTKO SIĘ ZMIENIŁO!!! OD PIERWSZEGO DNIA!!! Nie było już, rozmów, kina, teatru, wspólnych wyjść, nie mówiąc już o kwiatach. Pan X był zimny jak głaz i obojętny. Liczyli się tylko jego bliscy, jego sprawy i komputer. O wszystkim decydował sam i nawet się mnie nie pytał o zdanie. Początkowo, często wchodziłam do jego pokoju, tuliłam się i dawałam mu buziaka. Próbowałam ratować coś, czego NIGDY nie było. Nigdy nie było z jego strony miłości, ani przyjaźni. Kierował się wyłącznie egoizmem i wygodnictwem.

Choć oboje już nie pracowaliśmy, praktycznie oprócz zakupów wszystkim zajmowałam się sama. Sprzątałam, prałam, gotowałam, prasowałam, podawałam posiłki.  W domu było czyściutko, obiad z dwóch dań, posiłki o stałych porach, podane dokładnie tak jak pan X lubił. Jeśli coś zrobiłam nie po jego myśli, zwracał mi uwagę i krytykował.  Może to wydać się paradoksalne, ale próbował mi narzucać wiele rzeczy. Jakim mydłem mam się myć, na jakiej spać poduszce i pod jaką kołdrą. Co mam jeść, jaką pić kawę, jak gotować, jakich używać przypraw itd. Wszystko musiało być dokładnie tak, do czego jak wciąż pan X powtarzał, „jest przyzwyczajony”.  Na każdy temat robił mi wręcz wykłady, żeby mnie przekonać, że ma rację. W dyskusji zawsze musiał „wygrać”. Często oczywiście miał rację, ale to jak ze mną rozmawiał było żenujące. Traktował mnie jak bym była jego podwładną, a nie partnerką. Nigdy nie przyznał się do błędu i w przeciwieństwie do mnie, nie przeprosił. Wychodząc z domu nawet nie uważał za stosowne powiedzieć gdzie idzie i kiedy wróci. Choć nie było to łatwe, zaakceptowałam różne jego dziwactwa, ale nie mogłam się pogodzić z brakiem szacunku do mnie, ignorancją, cynizmem i sarkazmem.

W domu panowała cisza, zamienialiśmy ze sobą parę zdań dziennie. Miałam nadzieję, że to tylko przejściowe i cierpliwie czekałam.  Niestety było coraz gorzej.  Czułam się fatalnie w swoim własnym mieszkaniu. Chodziłam na palcach, żeby rano nie zbudzić pan X, albo nie przeszkodzić mu jak był zajęty przy komputerze. Łapałam się na tym, że zaczynam się go bać.  Widziałam w sobie zachowanie małej przerażonej dziewczynki, która bała się, żeby nie została „przyłapana” na czymś złym. Miałam przekonanie, że wszystko, co robię lub mówię jest złe. Czułam się przy nim gorsza i głupsza. Było mi z tym bardzo źle. Powiem szczerze, że jego „metody” dyskusji ze mną porównuję do rozmów z moim ojcem. Kategoryczne, bezwzględne, bez żadnych ustępstw, czy kompromisu. Tak postanowiłem, tak zaplanowałem i tak będzie!!! I żeby nie wiem, co zdania nie zmienił. Kilka razy próbowałam rozmawiać z nim na temat traktowania mnie przez niego, ale on twierdził, że nie widzi żadnego problemu i nie uważa, że się zmienił. Kiedyś nie wytrzymałam i zapytałam go, po co i do czego jest mu potrzebna kobieta? Jego odpowiedź była dla mnie zaskoczeniem, „no, po to, żeby była i prowadziła mi dom.” Nie potrafię inaczej wyjaśnić Wam jego zachowania i postępowania, bo to trzeba by było zobaczyć i posłuchać. Zaznaczam, że przy rodzinie i znajomych zachowywał się nienagannie. Zawsze był uroczy, rozmowny i uśmiechnięty.

I tak mijały dni… tygodnie… miesiące…  Byłam jednym kłębkiem nerwów. Nie mogłam spać, nie mogłam jeść i wszystko straciło dla mnie sens. Nie potrafiłam zrozumieć, jak człowiek może się tak bardzo zmienić z dnia na dzień.  A najgorsze było dla mnie to, że pierwszy raz spotkałam na swojej drodze człowieka, w którym widziałam podobieństwo do mojego ojca, a na dodatek był to mój partner.

Wieczorami tuląc się do poduszki, płakałam jak małe dziecko… tak samo, jak ta mała wystraszona, zagubiona i przerażona dziewczynka, którą poznaliście…

Czułam, że „mój” Bóg mnie opuścił…Pewnego dnia, coś we mnie pękło…

 P.S. Niewielkie podobieństwo pana X do mojego ojca, spowodowało, że moje wspomnienia z dzieciństwa wróciły do mnie z ogromną siłą.

Mój blog powstał w chwilach dużych emocji i strachu przed tym, co przyniesie mi JUTRO. Ale nie martwcie się o mnie, przecież jestem NIEPOKONANA.

 
Komentarze (50)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pan X

29 kwi

Zanim przejdę do kolejnego rozdziału mojego życia, chciałam podziękować Wam za wszystkie ciepłe słowa. Jesteście kochani. DZIĘKUJĘ.

Po tragedii, jaka wydarzyła się, w moim domu, nie poddałam się, choć przyznam szczerze, że niewiele brakowało. Śledztwo, które trwało 9 miesięcy, zeznania, zamknięty dom, brak dochodu, w końcu utrata dorobku całego życia i sprzedaż domu, to wszystko mnie przerosło. Tym bardziej, że byłam z tym zupełnie sama i bliska obłędu. Czułam, że mój organizm i psychika nie zniesie kolejnego silnego stresu. Bałam się potwornie. Zawsze, kiedy miałam traumatyczne przeżycia, bądź poważne problemy, starałam się odwrócić uwagę i nie skupiać się na sobie. To była moja taktyka. Inaczej po prostu bym zwariowała. Nie zamykałam się w sobie, ale wręcz przeciwnie, garnęłam do ludzi i starałam się być „pożyteczna”. Jeszcze przed tym wydarzeniem, poznałam pewnego mężczyznę. Początkowo pisaliśmy do siebie jedynie maile.  Pan był bardzo miły i zaproponował pomoc. Grzecznie podziękowałam i odpisałam, że nie mogę skorzystać z pomocy, ponieważ nawet się nie znamy. Obiecałam, że jak uporam się problemami i dojdę do siebie, to się odezwę.  Pan X pisał codziennie, pytając jak sobie radzę. Nie ukrywam, że wówczas była mi potrzebna pomoc, a przede wszystkim wsparcie, bo zwyczajnie sobie nie radziłam. Pewnego dnia spotkałam się z panem X w kawiarence, okazało się, że mieszkamy bardzo blisko siebie. Rozmawialiśmy raczej na temat jego sytuacji rodzinnej, był w trakcie rozwodu z drugą żoną po 20 latach, z którą nie ma dzieci.  Zdarza się. Z pierwszego małżeństwa, ma syna, którego sam wychowywał. Pan X wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie, podobało mi się, że nie narzekał na żonę, a jedynie skwitował, że po prostu im nie wyszło.  Na początku spotykaliśmy się rzadko, z czasem coraz częściej.  Był uroczy, szczery, szarmancki, rozmowny, zadbany, wykształcony, odpowiedzialny i niezależny. Ujął mnie przede wszystkim troską i miłością, jaką darzył swoich bliskich ( wnuczki, siostrę, brata, syna). Z czasem spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, przychodził do mnie na obiady i wychodził wieczorem. Godzinami rozmawialiśmy, graliśmy w karty, chodziliśmy na spacery, do kina i teatru. Zapraszał mnie do restauracji i kupował kwiaty. Cóż kobieta może chcieć więcej?  Po tym, co napisałam, czy można mieć jakiekolwiek wątpliwości?  Ja nie miałam żadnych, obdarzyłam go uczuciem i zaufaniem. W międzyczasie   uporałam się ze wszystkimi swoimi problemami.

Mijały dni… tygodnie… miesiące… zaczęłam wierzyć, że mój los się odmienił, że będzie już tylko lepiej. Dziękowałam „swojemu” Bogu, za tak wspaniałego mężczyznę. Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście. Optymistycznie patrzyłam w przyszłość, zostawiając przeszłość daleko w tyle.

Oboje postanowiliśmy, że zamieszkamy razem w moim dwupokojowym mieszkanku, ponieważ w jego mieszkaniu (choć jest wyłącznie jego własnością) mieszka była żona.  Moja radość niestety nie trwała długo…

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przerwa

19 kwi


Przebyłem noc właśnie i nikt mnie nie wita
nikt mi żaden nie mówi – bądź pozdrowiony
bądź na śniadaniu tako na wieczerzy
a sen niech cię ma między tym a tamtym
Przebyłem noc właśnie i nikt mnie nie wita
a pracowałem ciężko nad szukaniem
nad wyszukaniem tych bram nieśmiertelnych
tych bram zatraconych poszukując
Przebyłem noc właśnie i nikt mnie nie spyta
nikt mnie żaden nie spyta – jak ci się szło
jak też ci się szło przez czarne listowie
Przebyłem noc mówię i jestem zmęczony
nie odwiedził mnie faun ani anioł stróż
ani też najmniejszy robaczek świetlisty

Edward Stachura


P.S. Muszę „ukołysać” myśli. Przepraszam.

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Moja córeczka

14 kwi

Dwa dni temu, wyjechała moja kochana córeczka. Spędziłyśmy ze sobą 9 dni. Ktoś powie, że to dużo, a ja mówię, że to zbyt krótko, aby się nią nacieszyć. Kiedy wyjechała, pierwszą noc przepłakałam, nie mogłam spać. Wspominałam te wszystkie wieczory, kiedy rozmawiałyśmy bez skrępowania na każdy temat. Wyrosła na piękną, taktowną, mądrą, wrażliwą kobietę i jestem z niej bardzo dumna.  Od niedawna mieszka ze swoim chłopakiem, ma swoje życie, inne priorytety, autorytety i to jest dla mnie naturalne i zrozumiałe. Po dwóch nieudanych znajomościach, w końcu trafiła na porządnego człowieka. Choć żyją bardzo skromnie, są szczęśliwi. Miło się na nich patrzy, bo widać jak bardzo się kochają. Martwi mnie tylko fakt, że jej chłopak jest chory na przewlekłe choroby i często ma bóle. Wiem, że wówczas moje dziecko też cierpi, bo przecież go kocha. Poza słowami otuchy, że wszystko będzie dobrze, nic więcej nie mogę dla nich zrobić.

Ale nie o tym chciałam pisać. Moja córeczka, jest dla mnie najważniejszą istotą na świecie i ona o tym wie. Mam w sercu tyle miłości do niej, a wydaje mi się, że nie potrafię jej tego okazywać. Od ok. dwóch lat wyczuwam między nami jakiś dystans i bardzo mnie to martwi. Nie wiem, dlaczego tak jest?  Może, dlatego, że od ponad 8 lat mieszka za granicą i czas rozłąki zrobił swoje? Może dlatego, że jest zakochana? A może to moja wina, bo NIKT nie nauczył mnie jak okazuje się uczucia?  A może, dlatego, że od dziecka musiałam dusić w sobie wszystkie emocje? Ile jeszcze tych „a może”?  Bardzo tęsknię za moją kochaną Agnieszką. Czy moje życie już do końca będzie WIELKĄ TĘSKNOTĄ?  Wygląda na to, że nic się nie zmieni. Czy wiecie jak strasznie boli TĘSKNOTA? To ból gorszy od fizycznego, bo ogarnia mnie całą, od stóp po czubek głowy. To ból, na który nie działa, żadne lekarstwo…

 

Mijają dni… tygodnie… miesiące… lata…  A ja tęsknię bardziej i więcej… więcej i bardziej… Boże, czasem mam ochotę prosić Cię, abyś po mnie przyszedł… bo ja już nie mam siły cierpieć z tęsknoty. Tak strasznie boli… i ten nieustany szloch, co zatyka… i brak powietrza…

Tak bardzo Cię KOCHAM MOJA CÓRECZKO…

 P.S. Mój problem jest głębszy. Od 5 roku życia towarzyszy mi uczucie tęsknoty za wieloma osobami, które kochałam, a z różnych powodów i przyczyn ode mnie niezależnych zostałam z nimi rozdzielona. Z kolejną tęsknotą już sobie po prostu nie radzę.

 
Komentarze (24)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przemyślenia

02 kwi

Kochani, chyba nie zadawałam sobie sprawy z tego jak wiele działo się w moim życiu. Dopiero, kiedy przeczytałam swoją własną historię jednym tchem od początku do końca, pierwszy raz zadałam sobie pytanie. Jak Ty dziewczyno mogłaś to wszystko przeżyć, zachować „człowieczeństwo” i nie skończyć w szpitalu dla psychicznie chorych? Wielu drastycznych scen z mojego życia nie opisałam. Nie, dlatego, że chciałam je zachować dla siebie, ale ze względu na Was, bardziej wrażliwi mogliby tego nie wytrzymać. Nie napisałam też o kilku osobach z rodziny, które kochałam, a których nie ma już wśród nas. Widziałam jak powoli umierają w bólu i cierpieniu. Nie uważam jednak, że przeżyłam więcej niż inni i że jestem bardziej skrzywdzona przez los. Nie czułam się też nigdy ofiarą, choć z mojej historii wynika, że nią byłam!?  Zawsze czułam się mniej kochana od innych i odrzucona przez rodziców. Brakowało mi miłości, ciepła i wsparcia bliskich mi osób. Brakowało mi poczucia bezpieczeństwa, poczucia własnej wartości, kogoś, kto by mnie przytulił i powiedział „nie martw się, jestem przy Tobie”. Po pierwszych dwóch postach myślałam, że nie dam rady przebrnąć przez bolesne wspomnienia, ponieważ pomimo upływu lat, przeżywałam wszystko tak, jakby to wydarzyło się wczoraj. Łzy spływały po policzkach i coś ściskało mnie za gardło. Jednak kolejny raz wzięłam się w garść i pisałam dalej, udowadniając sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Zapytacie, po co przywoływałam koszmarne wspomnienia? Po co wracałam do czegoś, o czym powinnam zapomnieć i nie rozpamiętywać?  Po pierwsze o przeszłości nie da się zapomnieć i zresetować pamięci. Po drugie, los zetknął mnie z kimś, kto w swoich słowach i gestach jest odrobinę podobny do mojego ojca i to wystarczyło, aby powrócił strach. Po trzecie, mojej historii tak do końca nikt nie znał. Przez wiele lat „dusiłam” w sobie wszystko to, o czym chciałam zapomnieć, a wspomnienia jak bumerang powracały w moich myślach i snach. Nie udało mi się „uciec”od przeszłości, ale udało mi się z nią pogodzić. Zaczynając pisanie na blogu, miałam przede wszystkim nadzieję, że trafi tu, jakaś zła matka lub ojciec, zrozumie swój błąd i zmieni postępowanie w stosunku do swojego dziecka. Bardzo tego chciałam. Spotkałam  tu wielu wspaniałych ludzi i przyjaciół. I za to Wam bardzo dziękuję. Choć nie mieszkam sama, byłam bardzo samotna. Dzięki Wam dużo zmieniło się w moim życiu. Mam swoje „miejsce” na ziemi, swój świat, gdzie nie muszę się uśmiechać i udawać, że wszystko jest w porządku.

 

Gdybym mogła cofnąć czas, wiele rzeczy zrobiłabym inaczej, bądź nie zrobiłabym wcale.  Jak każdy z nas, błądziłam i popełniałam w życiu błędy, za które musiałam „zapłacić”. Ale jednego nigdy bym nie zmieniła, a mianowicie faktu, że potrafię WYBACZAĆ, oraz że, obce mi jest słowo NIENAWIŚĆ. Jestem z tego dumna.

Kiedy byłam dzieckiem, czekałam na lepszą młodość, w młodości wyobrażałam sobie swój ciepły dom i szczęśliwe małżeństwo, po śmierci męża żyłam nadzieją, że jeszcze coś dobrego mnie spotka, dzisiaj wierzę, że moja starość będzie pogodna…

I tak mijają, dni… tygodnie… miesiące… lata, a ja moi kochani, wciąż wierzę i nie tracę nadziei.

Wieczorami, tuląc się do poduszki, zamykam oczy i marzę… małe łezki… cichy szloch… i tylko ten ból, który przeszkadza… i pytanie do „mojego” Boga…A może jednak starość będzie pogodna?

 

I wciąż sobie powtarzam „ Wszystko będzie dobrze, bo ja tego bardzo chcę”.

 

P.S. Jutro przyjeżdża moja córka Agnieszka, która mieszka za granicą. Cieszę się bardzo, bo kocham Ją jak nikogo na świecie. Wielkanocną Niedzielę, spędzimy w gronie rodzinnym, u mojej najmłodszej przyrodniej siostry Kamili. Będą też, mój brat Jarek, Robert, siostra Eliza i pani R ( mama Kamili, Roberta i Asi). Już nie mogę się doczekać. Uwielbiam te nasze rodzinne spotkania, bo rodzina to najcenniejszy SKARB, bo rodzina to NAJLEPSZE, co w życiu może nas spotkać.

 

Kochani, przy tej okazji, życzę Wam,

zdrowych, pogodnych Świąt Wielkanocnych, pełnych wiary, nadziei i miłości. 

Radosnego, wiosennego nastroju, serdecznych spotkań w gronie rodziny i wśród przyjaciół.

Życzę Wam, wszystkiego, co w życiu najlepsze. Myślami będę z Wami.

 

 
Komentarze (38)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

I znowu śmierć

29 mar

Po pięciu latach ciężkiej pracy, w tym kilkanaście miesięcy zupełnie sama, mocno podupadłam na zdrowiu. Ręce, nogi, kręgosłup odmówiły mi posłuszeństwa. Serce też nie wytrzymało tempa (mam wadę serca). Nie wiedziałam, co mam dalej robić? Pomimo, że płaciłam naprawdę dobrą pensję, dawałam mieszkanie, pełne wyżywienie i dbałam o miłą atmosferę nie mogłam znaleźć kobiety, która lubiłaby psy, a przynajmniej nie robiłaby im krzywdy. Ogłoszenia dawałam non stop. Owszem panie przychodziły, ale jak zobaczyły moje „stadko”, mówiły, że to praca nie dla nich.  Wcześniej współpracowałam z dwoma wspaniałymi Ukrainkami. Kochałam całym sercem moje Chihuahua. Niestety mój stan zdrowia pogorszył się na tyle, że nie mogłam nic zrobić. Wyłam z bólu i słabłam. Wiedziałam, że nie dam rady. Nadszedł czas, w którym musiałam podjąć decyzję o likwidacji hodowli. Moje serce krwawiło, ale zdawałam sobie sprawę, że nie ma innego wyjścia.  Zaczęłam poszukiwać odpowiednich domów dla moich piesków. Ponieważ miałam bardzo dobrą opinię, jako hodowca, wieści szybko się rozeszły. Część piesków poszło do mojej koleżanki, która miała doskonałe warunki i o psy bardzo dbała. Pozostałe poszły do kochających rodzin. Do dziś utrzymuję kontakt z nowymi właścicielami, którzy przysyłają mi zdjęcia i piszą maile. Rozstanie z psami było tak przykre, że jeszcze bardziej odbiło się to na moim zdrowiu, a przede wszystkim na psychice. Bardzo za nimi tęskniłam.

Nagle dom opustoszał. Zrobiło się smutno i cicho. Dobrze, że choć została mi moja sunia. Była jedynym pieskiem innej rasy niż Chihuahua. Dom wystawiłam na sprzedaż i/lub wynajem. Po trzech miesiącach ciszy, zgłosiło się małżeństwo z trzynastoletnią córką w celu wynajęcia domu. Spisaliśmy umowę i oczywiście odprowadzałam od wynajmu podatki. Ucieszyłam się, bo przecież musiałam z czegoś żyć. Miałam trochę oszczędności, ale pomagałam jeszcze córce, która nie była samodzielna, pracowała legalnie w Austrii dwa razy w tygodniu i jako studentce, wolno jej było zarobić tylko 341 euro.  Z dużego pięknego domu przeprowadziłam się do maleńkiej kawalerki, zostawiając praktycznie cały dorobek życia. Wzięłam tylko to, co mogłam zmieścić w małym mieszkanku, aby jakoś się urządzić.  Ale co tam najważniejsze przecież zdrowie. Pieniądze za wynajem też nie były wygórowane, bo to okres kryzysu. Nowi lokatorzy okazali się bardzo nieuczciwymi ludźmi, nie chcieli mi płacić i nie wpuszczali mnie do własnego domu. Nie miałam siły na walkę z nimi. Raz pomógł mi wyegzekwować pieniądze mój brat Aleksander, który postraszył ich policją. Przestraszyli się na krotko i za trzy dni miałam pieniądze na koncie. I tak użerałam się przez parę miesięcy. Postanowiłam, że rozwiążę z nimi umowę. Dzwoniłam, aby się z nimi umówić w tej sprawie, poza tym zalegali mi z zapłatą od trzech miesięcy. Niestety żaden telefon nie odpowiadał – poza zasięgiem. Pewnego dnia w trakcie rozmowy z córką przez Skype, zadzwonił do mnie mój brat i mówi „twój dom pokazują w telewizji i mówią, że trzy osoby nie żyją”, włączyłam telewizor i oczom nie wierzę, tak, to moja miejscowość, moja ulica, mój dom. Nie pamiętam wszystkiego, co było później, ale pamiętam, że krzyczałam „Boże, tam była dziewczynka…  tam była dziewczynka…  muszę do lekarza… muszę do lekarza”.  Nie wiem dlaczego tak krzyczałam, nie potrafię tego wytłumaczyć. Za parę minut przyjechała do mnie moja przyjaciółka, którą powiadomiła córka. (nie wyłączyłam Skype).

Nie muszę chyba Wam pisać, co przeżyłam, byłam w jakimś szoku, znałam tych ludzi, o zmarłych nie mówi się źle, bez względu na to jacy byli. Nikt nie zasłużył sobie na taką śmierć. Przede wszystkim bardzo przeżyłam śmierć niewinnej dziewczynki, miała 14 lat . Choć widziałam ją tylko trzy razy, nie mogłam pogodzić się że jej już nie ma. A jej słowa,  „MOŻE W CZYMŚ PANI POMÓC?” ­- wracały do mnie jak bumerang. Koszmarne sny nie dawały mi spać. Zrywałam się w nocy z krzykiem. We snach widziałam dziewczynkę. Może gdybym nie wynajęła im tego domu, dzisiaj oni by żyli? Miałam poczucie winy, choć wszyscy tłumaczyli mi, że w żaden sposób nie zawiniłam. Mieszkałam wówczas sama i gdyby nie moja kochana przyjaciółka, która serdecznie się mną zajęła, nie wiem czy mogłabym dzisiaj do Was pisać.

 

P.S. Śledztwo w sprawie trwało 9 miesięcy, dom przez ten czas był zaplombowany przez prokuraturę. Okazało się, że Ci ludzie zanim ich najbliższa rodzina się nimi zainteresowała, nie żyli już od prawie dwóch tygodni. Z domu zostało wyrzucone wszystko, cały dorobek mojego życia oraz pamiątki i pokaźny zbiór książek. Trzeba było zerwać nawet klepkę, zdemontować szafy, garderoby i kuchnię. Fetor przedostał się wszędzie. Firma, która się tym zajmowała, pracowała w maskach. Specjalnymi metodami tępiono kilkakrotnie zapach ze ścian i innych powierzchni. Całe szczęście, że nie trzeba było zrywać tynków. Poza tym policjanci i pracownicy firmy, stwierdzili, że w domu było jak w melinie i że dawno nie widzieli takiego syfu i brudu. Podobno widok był straszny, a ślady krwi były wszędzie. Nie widziałam tego, bo nie miałam odwagi nawet tam wejść.

Moi lokatorzy, nie płacili żadnych rachunków za gaz, prąd, wodę, telefon, śmiecie, przez cały okres zamieszkania, czyli przez 8 miesięcy. Zastanawiam się dlaczego im nic nie odłączyli? Jak to możliwe? Niestety tak było. Na szczęście byłam na tyle mądra, że w umowie o wynajem, był nakaz przepisania dostarczenia w/w mediów na nich, ja musiałam uregulować tylko rachunki za  telefon, ale wcześniej wyznaczyłam sumę limitu.

Dom udało mi się sprzedać za połowę jego ceny, wystarczyło mi na zakup dwupokojowego mieszkania w stolicy.

Zanim jednak sprzedałam dom, moje wszystkie oszczędności poszły na doprowadzenie go do stanu nadającego się, aby można było do niego wejść. 

 
Komentarze (18)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zamurowało mnie

24 mar

Pewnego mroźnego dnia, Marek przyniósł ze skrzynki pocztowej rachunki za gaz i prąd. Otworzyłam je i z przerażeniem patrzyłam na sumy, były wysokie, łącznie ponad 3500 zł.  Powiedziałam tylko, no widzisz Mareczku i znowu muszę się sama martwić, z czego to zapłacę. W odpowiedzi usłyszałam, „Tak, bo to jest wyłącznie Twoja sprawa”.  Zamurowało mnie, pierwszy raz w życiu nie wytrzymałam i zachowałam się niegrzecznie, wrzasnęłam, „jeśli to jest wyłącznie moja sprawa, to spiep….j  z tego domu”.  Marek patrzył na mnie i głupio się uśmiechał. Po chwili przeprosiłam go, ale stanowczo powiedziałam, „jest mi przykro, ale mam tego dość!   Nie mam już siły ponosić odpowiedzialności za Ciebie, siebie, córkę, ojca, psy, dom, hodowlę, pracownika itd. Prowadziłam Cię prawie 9 lat za rączkę, jestem tym zmęczona.  Z nami KONIEC!!! Jeśli chcesz, ponieważ nie masz pracy, może nas łączyć biznes, dochody, wydatki i pracę dzielimy na pół. Co Ty na to – zapytałam. Ja tak nie chcę, wyprowadzam się” – odpowiedział. Zaproponowałam, że ojciec może u mnie zostać, a jego emeryturę może sobie zatrzymać (wpływała na konto Marka). Chyba mi nie uwierzył, że nie będę od niego chciała żadnych pieniędzy na utrzymanie ojca. Na drugi dzień Marek wyprowadził się do swojego zrujnowanego mieszkania zabierając ze sobą ojca. Wkrótce moja Pani, która była zatrudniona musiała wracać na Ukrainę. Zostałam zupełnie sama w dużym domu, bez samochodu, z 22 psami, 17 szczeniętami i 4 suczkami do porodu.  Wiedziałam, że ryzykuję dużo, ale że Marek wyprowadzi się z dnia na dzień zostawiając mnie z tym wszystkim samą, tego się po nim nie spodziewałam. Wpadłam w panikę, ale nie poprosiłam, aby wrócił. Zaparłam się. Nigdy w życiu nie pracowałam tak ciężko jak wówczas. Spałam 3-4  godziny na dobę. Problem był z samochodem, którego ja nie prowadziłam, a przy psach samochód był konieczny. Wiedziałam, że Marek nie ma pracy, więc zaproponowałam mu, żeby woził mnie odpłatnie, w miarę potrzeb, z psami do lekarza,  na przegląd, tatuowanie czy szczepienia. Zgodził się, za odpowiednio wysoką stawkę.

I tak mijały dni… tygodnie…. miesiące… Wieczorami tuląc się do poduszki pytałam swojego Boga,  „dlaczego znów wystawiasz mnie na taką próbę?” Boże,  przecież ja  tyle w życiu przeszłam i nie mam już siły.  Płakałam, a właściwie „wyłam”, czułam złość, bezsilność, ogromny żal. Odrzucałam złe myśli, które kłębiły się w mojej głowie. Tęskniłam za Markiem, ale byłam twarda, wiedziałam, że jeśli się ugnę, przepadnę. Wiedziałam, że nic dobrego mnie z nim nie czeka, że muszę być silna i wytrwać.

Ale jak tu spać sama w dużym domu? Do złych myśli dochodził strach. Myślałam, że oszaleję.

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

List do matki

18 mar

List Amelki do mamy – fragment

 

Kochana Mamusiu,

Jestem b. szczęśliwa, że jestem u Babci, ale chciałabym być już razem z Tobą. Postaraj się Mamusiu o posadę w P.

Eliza będzie chodzić do liceum i weźmiemy też Anusię, bo jej tam będzie smutno. Ania już dawno mi pisała, kiedy byłam u ojca, żebym prosiła swoją wychowawczynię, (która była dla mnie b. dobra i kupiła mi okulary), żeby starała się Ciebie Mamusiu odnaleźć. Chciałyśmy mieć jedną mamę, a nie, co roku inną. Bo ojciec mówił nam, że Ty umarłaś. Wiedzieliśmy, że tak nie jest i że Ty czekałaś, aż my trochę podrośniemy, poznamy ojca i wrócimy do Ciebie. Tak bardzo tęskniłyśmy za Tobą. Eliza nam mówiła, bo my z Anią byłyśmy małe i nie pamiętamy, że Ty nam szyłaś ubranka i czysto nas ubierałaś. U ojca wiesz, co przechodziłam, bił mnie i głodził. Nie chciał dać pieniędzy na obiady, to wychowawczynie mi dawały obiady w szkole, a kiedy wstydziłam się brać za darmo to głodowałam. Nie miałam siły i rozumu do nauki, bo chodziłam głodna i ojciec bił mnie po głowie, a z uszu leciała mi często ropa. Nic do szkoły mi nie kupował, ubierali mnie obcy ludzie, nawet koleżanka dała mi torbę do szkoły. Źle się uczyłam, bo nie miałam czasu. Ojciec zabrał mnie z Domu Dziecka, żebym mu w domu wszystko robiła i jego dzieci bawiła. I żebym była tylko służącą. Wiem, że nie przeszłabym do następnej klasy, gdyż jechałam na samych dwójach i trójach. Za to teraz jestem bardzo dobrą uczennicą i nie boli mnie już głowa tak jak u ojca z tego bicia i nie słyszę już tych krzyków dzieci jak ich ojciec bił, gdy przyjechali do domu. A Jarka tak walił i podnosił za uszy do góry, że aż sąsiadka dostała ataku serca i przyjechało do niej pogotowie. Jak dzieci przyjechały z Domu Dziecka, ojciec był bardzo zły, że musi im dawać jeść, nie dawał im pieniędzy na podróż,dlatego jechały na gapę. Wszędzie się nas wypierał i mówił, że nie jesteśmy jego dziećmi, tylko, że sąsiadka umarła a on się nami zajął. Mamusiu, kiedy wysłałaś dzieciom swoje zdjęcie do Domu Dziecka i oni mi pokazali, to tak strasznie płakałam, aż weszłam na okno i krzyczałam za nimi, żeby o mnie pamiętali i żeby mama mnie zabrała od ojca. Mamusiu, zdaje mi się, że zwariowałabym jakbym musiała to jeszcze raz przeżyć.  Nie chcę już więcej widzieć tych kobiet, które stale leżały z ojcem w łóżku, a jak się z jedną pokłócił to wyzywał ją od różnych, wyrzucał ją z domu i zaraz sprowadzał następną. I ta znów nami potrącała…

 

P.S. Przepisałam list Amelki słowo w słowo, pisząc go miała 11 lat i parę miesięcy. Zastanawiam się ile może przeżyć dziecko? 

Dzisiaj, na szczęście jest wiele możliwości pomocy maltretowanym dzieciom. Czasem wystarczy wykonać jeden telefon, który może przerwać ich cierpienia. Nie udawajmy więc, że niczego nie słyszymy i nic nie widzimy.

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nadzieja umarła

08 mar

Zanim przejdę do następnego rozdziału mojego życia mam potrzebę podzielenia się z Wami smutną wiadomością.

1 marca 2012 roku o godz. 4.40 zmarła moja mama, a wraz z nią nadzieja, że usłyszę od niej „Kocham Cię moja córeczko”.

Wybaczcie, jeśli to, co napiszę będzie trochę chaotyczne, ale bardzo przeżyłam śmierć mamy.

Kiedy pani doktor zadzwoniła do mnie i powiedziała, że mama umiera, natychmiast pojechałam do niej z siostrą Elizą. Leżała w domu na swoim łóżku. Była świadoma i bardzo cierpiała, umierała na raka, który zaatakował już wszystkie organy. Przez 12 godzin siedziałam przy niej i trzymałam ją za rękę. W jej oczach widziałam strach i błaganie o pomoc. Z trudnością oddychała i nie mogła mówić. Jej oddech był szybki i krótki. Od czasu do czasu z bólu krzyczała „O Jezu, o Jezu, o Jezu…” Patrzyłam na mamę i nie mogłam znieść, że pomimo morfiny tak bardzo cierpi. Eliza była zmęczona podróżą, więc położyła się spać.  Bałam się, że w chwili śmierci nikogo przy mamie nie będzie, więc na krok nie odeszłam od niej. Chciała umrzeć w domu trzymana za rękę. Mama do końca była całkowicie świadoma, słyszała i rozumiała, co do niej mówię, a kilka razy nawet mi odpowiedziała.

Tuliłam się do niej, głaskałam ją i szeptałam jej do ucha… „Nie bój się, TAM nie jest tak źle… Jestem przy Tobie i odprowadzę Cię TAM, nie broń się tak, TAM nie będziesz już cierpiała… Ucałuj ode mnie Dziadka, Babcię, Amelkę i S ( mój mąż)” – prosiłam. „Zrobisz to mamcia”, zapytałam? Z trudem odpowiedziała, „Tak, zrobię to ”. Nie mogłam się opanować, przez łzy, powtarzałam, „wszystko będzie dobrze, bo ja tego bardzo chcę”. W jej oczach pokazały się łzy, małe łezki spływały po policzkach mamy, a ja nie wiedziałam jak mogę jej pomóc. Mówiłam do niej „Nie płacz mamcia, umierasz tak jak chciałaś, w swoim domu, na swoim łóżku, a ja trzymam Cię za rękę. KOCHAM CIĘ, zaśnij spokojnie.” W pewnym momencie zauważyłam, że czoło mamy jest  zimne i mokre, dotknęłam drugiej ręki, potem nogi, były zupełnie zimne. Ciepła była tylko ręka , którą trzymałam. Domyśliłam się, że to chyba koniec jej cierpienia. Szybko obudziłam Elizę, żeby pożegnała się z mamą. Po paru minutach mama umarła, a ja zamknęłam jej oczy. Obie nie mogłyśmy powstrzymać łez, a właściwie to nie był płacz, ale jakiś przeraźliwy szloch, który, mnie zatykał. TO BYŁO OGROMNE PRZEŻYCIE, chyba zawsze będzie do mnie „powracało” w moich  myślach i snach.

Wciąż będę zadawała sobie pytanie, jakie uczucia miała mama do mnie? Dlaczego przed śmiercią płakała? Czy zrozumiała jak bardzo nas skrzywdziła? Czy w ostatnich minutach żałowała?  Może ona tez miała jakieś traumatyczne przeżycia w dzieciństwie? Może nikt jej nie nauczył kochać? Wiele pytań i brak odpowiedzi… Chcę myśleć, że mama nas kochała tak jak potrafiła. Myślę, że mimo wszystko będzie mi jej brakowało.

Jestem Wam winna wyjaśnienie dotyczące Amelki. Nie wiem,dlaczego odwlekałam ten moment, aby o tym napisać?! Otóż moja ukochana siostra Amelka zmarła rok po śmierci mojego męża. Dzisiaj właśnie mija 12 rocznica jej śmierci. Po śmierci jej męża ( zmarł na raka mózgu) i po powrocie Aleksandra, Mateusza i Jarka do Polski, Amelka została w Australii zupełnie sama. Jej syn Michał, po śmierci ojca sięgnął po narkotyki i wyprowadził się z domu. Miał wówczas 16 lat. Przez kilka lat Amelka walczyła z nałogiem syna i próbowała go z tego wyciągnąć. Choć błagałam ją, aby wróciła do Polski, ona nie chciała go zostawić samego. W rezultacie sama, choć nigdy wcześniej nawet nie brała do ust, zaczęła nadużywać alkoholu. Pewnego dnia wzięła środki nasenne i już się nie obudziła. Jej prochy, zgodnie z jej życzeniem zostały rozsypane do Oceanu.  Zawsze mówiła, że nie ma„swojego” miejsca na tej Ziemi. Miała wówczas 42 lata i odeszła w samotności. Nikogo przy niej nie było i nikt nie trzymał jej za rękę… Była osobą niezwykle wrażliwą. BARDZO JĄ KOCHAŁAM.

Mamo… Amelko… Spoczywajcie w spokoju, ja nigdy o Was nie zapomnę i zawsze będę za Wami tęskniła.

P.S. Szukając w mieszkaniu mamy dokumentów do pogrzebu, nie trafiłam na żaden list od nas, a pisaliśmy do mamy bardzo często. Zachowała jedynie wszystkie kartki okolicznościowe od nas, jeden niepełny list od Amelki, który napisała do mamy w 1970 roku, kiedy zamieszkała u babci jeden list od Elizy i Jarka oraz mój list/pismo z Domu Dziecka do Sądu z prośbą o pomoc z dnia 31 stycznia 1970 roku. Nawet nie pamiętałam, że pisałam taki list w wieku 13 lat. W liście Amelki i w moim, są opisane drastyczne zdarzenia z naszego życia. Choć od tamtych zdarzeń minęło już 42 lata, kiedy czytałam list Amelki szlochałam jak małe dziecko.

Za parę dni zacytuję część tych listów.

 

 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Chihuahua

28 lut

Któregoś roku, Marek zaproponował mi urlop pod namiotem w Chorwacji. Nie byłam zachwycona tym pomysłem, ale on przekonywał, że był tam kilka razy i że na pewno będę zadowolona. Wyjechaliśmy z jego przyjaciółmi.  Na drugi dzień nie wiadomo, dlaczego, obudziłam się ze spuchniętą twarzą i bólem całej szczęki. Brałam tabletki przeciwbólowe i płukałam jakimś płynem dziąsła. Nic nie pomagało, a ból był coraz silniejszy. Upał był nieprawdopodobny. Do samochodu nie można było wejść, a klimatyzacji nie mieliśmy. Poprosiłam Marka, że muszę wracać do domu, bo coś jest ze mną nie tak, nigdy wcześniej nie miałam takich objawów.  „Ja tu przyjechałem na urlop odpocząć i nie mam zamiaru wracać” – usłyszałam. Byliśmy jego samochodem, więc nie miałam wyjścia. Piątego dnia zemdlałam z upału, Marek się nie przejął. Korzystał z urlopu. Siódmego dnia jego przyjaciele ujęli się za mną i wpłynęli na niego, aby natychmiast wyjechał ze mną, bo nie wygląda to dobrze. Moja twarz wciąż była spuchnięta, a ból był nie do zniesienia. Markowi, zrobiło się głupio i ósmego dnia rano wyjechaliśmy. Byłam na niego tak wściekła, że po powrocie rozstaliśmy się natychmiast.  Po trzech miesiącach wróciliśmy do siebie. Marek zaprosił mnie na obiad w ramach przeprosin. Siedzimy sobie w restauracji, ja wybieram rybkę, a on na to, „Ale wiesz, że ryba tu jest bardzo droga”, myślałam, że nie wytrzymam, ale bardzo spokojnie mu odpowiedziałam. „Rozumiem, że może nie być Cię stać na obiad, trzeba było zaproponować po prostu kawę, ale skoro już mnie zaprosiłeś, to zachowaj twarz”. To tylko jedna z wielu „wpadek” Marka, ale ja już się do nich przyzwyczaiłam.  Był egoistą i materialistą, wiedziałam, na co się decyduję. Ale miał również zalety, które, uważałam za cenne, dlatego też dałam naszemu związkowi szansę. Bardzo przywiązuję się do ludzi. Miejsca, mogę zmieniać i nie mam z tym problemu.

Po czterech latach wspólnego życia, postanowiliśmy, że chcemy mieć dom z ogrodem. Sprzedałam, więc swoje piękne mieszkania w stolicy i wyprowadziliśmy się do domu pod Warszawą. Duży dom z wielkim salonem to było marzenie Marka, ja chciałam mieć mały biały domek. On mówił, że w kurniku mieszkać nie będzie. Zaakceptowałam, więc jego wybór domu, chciałam żeby się w nim dobrze czuł. Tylko przeprowadziliśmy się do domu, Marek bez porozumienia ze mną sprzedał swój kiosk, podobno źle mu szło i nie miał nawet na opłacanie ZUS-u. Nigdy nie wiedziałam ile zarabia, bo on nie mówił, a ja nie pytałam. Zawsze było „moje”,„twoje”, ale w praktyce wyglądało to tak, że to, co było moje, uważał za wspólne. Ja, żeby się czymś zająć kupiłam kilka piesków rasy Chihuahua i postanowiłam, że stworzę hodowlę na wysokim poziomie. Zaproponowałam Markowi, że jeśli zechce ze mną tym się zająć dokupię jeszcze pieski i połączymy przyjemne z pożytecznym. Naprzeciwko naszego domu był do sprzedania sklep spożywczy, który Marek chciał kupić. Tłumaczyłam mu, że nigdy nie prowadził sklepu spożywczego, że może rozwiniemy hodowlę, że lepiej robić jedno a dobrze niż łapać dziesięć srok za ogon.  Ale on uparł się na sklep. Ok. dałam mu pieniądze na czynsz i towar. No cóż, jak się zatrudnia trzy ekspedientki, leży na kanapie i pije piwo to chyba nie należy się dziwić, że po trzech miesiącach zbankrutował. Znając Marka, brałam pod uwagę taki scenariusz i rozwijałam hodowlę, żeby mieć na utrzymanie. Pogłębiałam wiedzę   na temat rasy chihuahua, brałam lekcje jak przygotować psy na wystawę.  Jeździliśmy na wystawy, zaprojektowałam piękną stronę internetową, kupowałam z dobrym rodowodem coraz piękniejsze psy za granicą.  Po dwóch, trzech latach moja hodowla była już znana w Polsce i za granicą. Marek mi dużo pomagał. Aby utrzymać dom i żyć na jakimś poziomie, niestety piesków musiało być coraz więcej. Doszliśmy stopniowo do 18 suczek i trzech psów. Nie sprzedawałam szczeniaków po wygórowanej cenie, bo uważałam, że najpierw muszę wyrobić sobie „markę” i dobrą opinię. Psy miały u nas warunki doskonałe. Ściągałam dla nich wszystko, co najlepsze. W domu było tak czysto, że ludzie,którzy odwiedzali naszą hodowlę byli zaskoczeni. To była bardzo ciężka praca, ale dająca dużo satysfakcji. Poza tym, pieski były naprawdę kochane i wdzięczne. Byłam dumna z siebie, że potrafiłam stworzyć coś tak wyjątkowego. Nigdy wcześniej nie miałam nic wspólnego z taką działalnością. Z czasem zatrudniłam panią do pomocy, ale pracy było coraz więcej, ponieważ zamieszkał z nami niechodzący ojciec Marka, który wymagał opieki.

Kiedy Marek siadał wieczorem z piwem przy telewizji, ja musiałam jeszcze odpowiadać ma maile, śledzić, planować i zapisywać psy na wystawy, obrabiać zdjęcia i aktualizować stronę internetową. Miałam tłumacza na język niemiecki i angielski i korespondowałam również w tych językach. Było mi naprawdę ciężko, bo przecież jeszcze dochodziły całonocne dyżury przy porodach suczek. Od ciężkiej pracy zaczęłam mieć poważne kłopoty z rękoma i kręgosłupem. Wieczorami, tuląc się do poduszki, przez łzy, prosiłam „swojego” Boga o zdrowie i siłę.

Agnieszka, po maturze, którą zdała imponująco, wyjechała na studia do Wiednia.  Planowała to już od siódmej klasy szkoły podstawowej. Z moją pomocą, przebrnęła wszystkie organizacyjne i prawne sprawy związane z wyjazdem. Wówczas warunkiem dostania się na studia na Uniwersytecie Wiedeńskim, było zdanie w Polsce egzaminów o takim samym  kierunku. Nie miała z tym problemu i była na trzecim miejscu na liście przyjętych na Lingwistykę Stosowaną. W Wiedniu zamieszkała w akademiku.  Cieszyłam się z jej szczęścia, ale jednocześnie wiedziałam, że będę bardzo tęskniła za nią.  Myślę, że jej wyjazd wpłynął poniekąd na mój powrót do Marka, ponieważ stało się to w jednym czasie. Byłam samotna i bardzo tęskniłam za córką.


P.S. Moja mama jest umierająca. Ma prawie 80 lat. Po śmierci męża mieszka sama, 400 km ode mnie. Jutro jadę do niej z siostrą Elizą, żeby w ostatnich dniach jej życia potrzymać ją za rękę. Nigdy mnie nie pokochała, choć czekałam na to całe życie. Czy będzie mi jej brakowało?  

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pan M

17 lut

Dlaczego zapisałam się do biura matrymonialnego? Po sprzedaży firmy, nie pracowałam, nigdzie nie chodziłam, więc nie miałam wiele możliwości poznania kogoś interesującego. Szybko jednak doszłam do wniosku, że mam już dość i zrezygnowałam z usług biura. Pewnego dnia zadzwonił mężczyzna, który zapisał sobie wcześniej mój numer. Głos w słuchawce brzmiał jakby za grobu. Pan przedstawił się, chwilę porozmawialiśmy i zaprosił mnie do kina. Nigdy nie zapomnę bordowego, lekko błyszczącego garnituru, w którym przyszedł. No cóż, nie wszyscy muszą mieć poczucie estetyki i gustu. Zbiegiem okoliczności mieszkaliśmy w jednej dzielnicy i na dodatek bardzo blisko siebie. Po filmie p.t. „Gladiator”, Marek odprowadził mnie pod dom. Był wdowcem, miał 15 – letnią córkę i dorosłego syna. Jego żona zmarła na raka mózgu, zaledwie miesiąc wcześniej. „Jak to? I już szukasz innej kobiety?”- Zapytałam oburzona. Zaczął się jąkać i usprawiedliwiać, że żona chorowała od 6 lat i nie było z nią kontaktu. Mówił jakby za chwilę miał się rozpłakać. Na pożegnanie zapytał czy jeszcze się spotkamy? Prawdę mówiąc nie był absolutnie w moim typie pod żadnym względem, był za gruby, miał wąsy i brodę z bakami, miał zaniedbane ręce, a przede wszystkim jego głos, sposób mówienia i zachowania był nie do przyjęcia. Nie potrafiłam jednak powiedzieć NIE.  Pomyślałam sobie, że ten człowiek jest jakiś wystraszony i zagubiony, a ja nie mogę go jeszcze bardziej zdołować. Miałam również na uwadze, że ma piętnastoletnią córkę i może oboje potrzebują wsparcia tak jak ja i Agnieszka po śmierci męża. Zaprosiłam Marka na obiad i zaproponowałam, żeby wziął też dla córki. I tak się zaczęło… Przychodził codziennie, spędzał u mnie niemal cały dzień i nie miał zamiaru wychodzić dopóki nie dałam mu do zrozumienia, że jest późno i chcę już iść spać. Byłam głupia, nie potrafiłam zaprotestować, bo nie chciałam go urazić. Prowadził swój kiosk, zatrudniał dwie ekspedientki, sam jeździł tylko otworzyć i zamknąć kiosk.  Czułam się osaczona i postanowiłam z nim porozmawiać. Powiedziałam mu, że go bardzo lubię, ale nie kocham, a to za mało, żeby być razem. Płakał, prosił, przekonywał, że nie potrafi już żyć beze mnie. Zadzwoniła do mnie również jego córka, mówiąc, że tata nic nie je i nie może spać. Pojechałam do nich i zobaczyłam Marka w złym stanie. Nie znałam go jeszcze na tyle dobrze i przestraszyłam się, że jeszcze gotów sobie coś zrobić, a ja tego bym sobie nie wybaczyła, przede wszystkim ze względu na jego córkę. Boże, chciałam tylko im pomóc, a spadł na mnie tak ogromny ciężar i odpowiedzialność.  Zostałam z nim z litości, przynajmniej na pewno na początku tak było.

Po ok. roku, Marek „błagająco” naciskał, żebyśmy zamieszkali razem. Nie pomogły tłumaczenia, że przecież mieszkamy tak blisko siebie, że i tak spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu. Uległam, Marek wprowadził się do mnie. Dzisiaj już wiem, że „brał” mnie zawsze na „małego biednego chłopca”, robił z siebie ciągle pokrzywdzonego i nieszczęśliwego człowieka. Wszystko widział w czarnych kolorach, a to pogoda zła, a to korki, a to deszcz pada itp. Ciężko żyć z człowiekiem, który sam wymyśla sobie problemy.  Z człowiekiem, którego trzeba prowadzić jak małe dziecko za rączkę. Był strasznym pesymistą. Chciałam, żeby w końcu był szczęśliwy, więc robiłam wszystko, co Mareczek „wybłagał” niemal płacząc.  A tak poza tym, był naprawdę miły, grzeczny i kulturalny.  Wydawało mi się, że kocha mnie szczerze.

Powolutku w delikatny sposób zmieniłam całkowicie jego wygląd. Schudł, nauczyłam go jak się ubierać z gustem, zafundowałam mu wszystkie nowe ubrania. Widziałam, że patrzy z dumą na siebie w lustrze i jest bardzo zadowolony. Przez prawie dwa lata utrzymywałam cały dom zupełnie sama. Marek ponosił tylko koszty utrzymania samochodu. Miał swoją pensję, wynajmował dwa pokoje w swoim mieszkaniu i nie dokładał się do niczego. Zaczęłam się buntować i wymagać, żeby, chociaż kupował produkty spożywcze. Tym bardziej, że gotowałam również dla jego córki i ojca. Ja płaciłam za czynsz, garaż, opłaty za media, poza tym naprawy i kupno sprzętu domowego, pranie dywanów, wyjścia do restauracji też pokrywałam ja.  I tak toczyło się nasze życie  Z czasem przyszło też uczucie z mojej strony.  Czy to była miłość? Nie wiem, ale z pewnością szanowałam go, byłam jego przyjacielem i lubiłam jego towarzystwo. Bardzo dbałam o niego, o siebie, o sferę intymną i o dom. Bawiliśmy się i korzystaliśmy z życia.  I tak minęły trzy, całkiem niezłe lata…

 

P.S. Wkrótce dowiedziałam się od bliskich przyjaciół Marka, że z jego żoną nie było kontaktu tylko miesiąc przed jej śmiercią, kiedy przebywała w hospicjum. Owszem, 6 lat wcześniej miała operację, ale wróciła po niej do pracy. Długo nie mogłam zrozumieć jak on mógł zapisać się do biura matrymonialnego kilka dni po śmierci żony, z którą przeżył dwadzieścia parę lat, rzekomo w szczęściu i w zgodzie.  Zaczęłam się zastanawiać, kim naprawdę jest Marek?

 

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Szara myszka

09 lut

Mijały dni … tygodnie… miesiące… wciąż żyłam przeszłością. W sferze psychicznej, pomagali mi przyjaciele i rodzina męża. Powoli zaczynałam oswajać się z nową sytuacją. Córka była moim motorem do życia. Zdałam sobie jednak sprawę, że ja nie mam własnego życia. Zawsze żyłam i funkcjonowałam w cieniu swojej rodziny. Oni i ich potrzeby były najważniejsze. O sobie myślałam na końcu. Po śmierci męża, sąsiedzi zaproponowali mi pomoc. Jedni, chociaż możliwość rozmowy, drudzy pomoc w zakupach. To było bardzo miłe z ich strony. Zawsze byłam osobą skromną, więc nie nadużywałam ich dobroci.

Sąsiad, który czasem przywoził mi ciężkie zakupy (mleko,soki, wodę), lubił zasiedzieć się u mnie i porozmawiać. Nie widziałam w tym nic złego, tym bardziej, że rozmawialiśmy o dzieciach, o sytuacji w kraju i o samochodach. Był miły, miał atrakcyjną żonę i dziecko. Jego żona „uchodziła” w bloku za osobę mniej sympatyczną, ale ja poza grzecznościowym, dzień dobry i do widzenia nie miałam z nią kontaktu. Często słyszałam tylko jej krzyki na dziecko. Pewnego dnia mój sąsiad zapytał mnie czy nie poszłabym z nim na piwo. Powiedziałam, że ja nie piję piwa i zapytałam go „a co na to żona?”.  Długo mnie przekonywał, że chce tylko porozmawiać i napić się piwa w miłym towarzystwie i że to nic złego. Nie należę do osób asertywnych i w końcu się zgodziłam. Na drugi dzień poszliśmy na Stare Miasto, pierwszy raz w życiu napiłam się piwa z sokiem malinowym. Od tej pory mówiliśmy do siebie po imieniu. Niestety sąsiad coraz częściej chciał przebywać w moim towarzystwie. Wyraźnie mnie adorował, przysyłam SMS-y. Zaczęłam się zastanawiać, co takiego on widzi we mnie i w czym ja jestem lepsza od jego atrakcyjnej żony? Choć było nam ze sobą cudownie, przerwałam te spotkania, wiedziałam, że do niczego dobrego nie doprowadzą. Bałam się, że zabrniemy za daleko. Nigdy nie rozbiłabym małżeństwa i nie „odebrałabym” dziecku ojca.

Wspomniałam o tym krótkim epizodzie, bo dzięki sąsiadowi wyszłam z letargu, w którym tkwiłam. Byłam mu bardzo wdzięczna, choć on o tym nie wiedział. Zaczęłam dbać o siebie, regularnie chodzić do fryzjera, kosmetyczki, solarium. Kupiłam sobie modne ciuszki. Wyglądałam naprawdę rewelacyjnie. W sklepie i na ulicy czułam na sobie wzrok mężczyzn. Nabierałam pewności siebie. Z szarej myszki przeobraziłam się w kobietą niezwykle atrakcyjną. Sama nie mogłam uwierzyć w to, co widziałam w lustrze. Zrozumiałam, że mogę również zmienić swoje życie, jeśli tylko będę chciała. Zupełnym przypadkiem trafiłam na adres biura matrymonialnego, do którego się zapisałam.  Moja córka wiedziała o wszystkim, wspierała mnie i dopingowała. Telefon dzwonił, a ja biegałam na randki w ciemno. Poznałam wówczas ok. 30 panów, były to w większości jednorazowe spotkania na kawie, ponieważ żaden z panów mnie nie zauroczył. Nie, dlatego, że byłam zbyt wymagająca, ale chciałam poczuć jeszcze motyle w brzuchu i przyśpieszone bicie serca… Mimo wszystko, to był najpiękniejszy okres w moim życiu… CZAS WYZWOLENIA i RADOŚCI.  Czas bez zmartwień, problemów i strachu. DOSTAŁAM OD LOSU SWOJE PIĘĆ MINUT. Nie zrozumcie mnie źle i nie oceniajcie surowo. Nie zapomniałam o mężu. W moim sercu pozostanie na ZAWSZE.

 

P.S. Tylko jeden z panów naprawdę mi się spodobał i doszło między nami do zbliżenia. Miałam intuicję i postanowiłam dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Okazało się, że w przeszłości podnosił rękę na byłą żonę.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Najlepszy Przyjaciel

06 lut

Na pogrzebie męża było tak dużo ludzi, że nie wszyscy zmieścili się w kościele. Był bardzo lubianym i szanowanym człowiekiem. Ponieważ byłam w fatalnym stanie, poprosiłam przyjaciela męża, aby powiedział parę słów i podziękował wszystkim za obecność. Jakież było moje zdziwienie i zaskoczenie, jak zamiast niego do mikrofonu podeszła Agnieszka. Przemówiła tak pięknie, że chyba nie było osoby, której łza nie zakręciła się w oku. Po mszy, zagrała orkiestra ze Szkoły Muzycznej, do której chodziła córka.

Po śmierci męża, żyłam jak w amoku. Nie byłam w stanie normalnie funkcjonować. Nie mogłam pracować, jeść, ani spać. Sprzedałam firmę. Straciłam nie tylko męża, ale przede wszystkim najlepszego PRZYJACIELA. Nikt nigdy nie kochał mnie tak jak on. Bezwarunkowo i pomimo wszystko. Nie chcę idealizować, bo i w naszym małżeństwie bywało różnie, ale była między nami szczególna więź. Mogliśmy się pokłócić, ale nigdy pogniewać. Po moim powrocie z Australii, nie rozstawaliśmy się. Kiedyś moja przyjaciółka, w ramach prezentu urodzinowego, zaprosiła mnie do Kanady na dwa tygodnie i przysłała bilet. Po trzech dniach tęskniłam już za mężem i nie potrafiłam się cieszyć z tego wyjazdu.

Jaki był mój mąż? Potrafił słuchać, był spokojny, cierpliwy, wyrozumiały, miał wielkie serce i ogromne poczucie humoru. Pomimo cierpienia i bólu, nigdy się nie skarżył i nie narzekał. Jego znajomi i przyjaciele nie wierzyli, że jest tak poważnie chory. Czasem żartowali sobie i mówiąc, „Ty jesteś chory?  Wyglądasz jak pączek w maśle”. On uśmiechał się i odpowiadał, „Bo ja na twarz nie choruję, tylko na serce”. Kochał ludzi i zawsze im pomagał. Pod tym względem naprawdę się dopasowaliśmy. Pomoc ludziom sprawiała nam radość, choć czasem nasza naiwność i łatwowierność była wykorzystywana.

Jak już kiedyś wspomniałam, mąż pochodził z bardzo biednej wielodzietnej rodziny i bał się biedy. Może, dlatego tak dużo pracował? Często w żartach powtarzał, „wolę żyć krótko i dobrze, niż długo i w biedzie”. Tego się „trzymał” i tak żył.

Mijały dni… tygodnie… miesiące… Często jeździłam na cmentarz i „rozmawiałam” z mężem. Byłam zagubiona i bardzo nieszczęśliwa. Agnieszka po śmierci taty zamykała się w swoim pokoju i prawie nie wychodziła. Kończyła ósmą klasę, a ponieważ była „olimpijką” na szczęście nie musiała zdawać egzaminów.

Czas powoli goił rany. Wieczorami kładąc się do łóżka zamykałam oczy i widziałam mojego Przyjaciela. Wyobrażałam sobie siebie, uśmiechniętą i szczęśliwą. Wiedziałam, że ON nie chciałby, abym się zadręczała. Byłam jeszcze młoda i miałam tyle pragnień i marzeń, ale nie potrafiłam się PODNIEŚĆ.

P.S. Moja mama nie przyjechała na pogrzeb męża. Nie zainteresowała się nawet jak sobie radzimy.

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dlaczego ?

03 lut

Po tragedii z chłopcami już nigdy w naszej rodzinie nie było tak samo. Agnieszka długo nie mogła pogodzić się z faktem, że Kuba i  Piotr przyczynili się do śmierci człowieka. Zamknęła się w sobie. Ciężko mi było znaleźć z nią kontakt. Czas goi rany, ale blizny pozostają na zawsze. Mąż, aby zagłuszyć ból, coraz więcej pracował. Zmieniliśmy mieszkanie i powoli nasze życie nabierało normalności. Mijały dni, tygodnie, miesiące i wydawałoby się, że już nic złego nie może się wydarzyć.

Niestety stan zdrowia męża pogarszał się. Prosiłam go na wszystko, aby tak ciężko nie pracował. Prowadził własną firmę, a ja mu pomagałam, więc znałam wszystkie zagadnienia. Postanowiłam przejąć  jego obowiązki w firmie. Jeśli miałam jakiś problem lub wątpliwości, konsultowałam się z mężem telefonicznie. Wstawałam o 5.00, gotowałam obiad, budziłam męża i córkę na śniadanie, w międzyczasie sprzątałam i na 8.00 biegłam do pracy. Radziłam sobie całkiem nieźle. Niestety mąż z dnia na dzień czuł się coraz gorzej i właściwie większość czasu spędzał w łóżku. Został zakwalifikowany i wpisany na listę do przeszczepu serca. Udałam się na rozmowę do profesora Z. Religi, który zgodził się podjąć operacji. Teraz pozostawało nam tylko oczekiwanie na wiadomość. Żyłam w strasznym stresie. Każdego dnia rano, kiedy wchodziłam do pokoju męża, paraliżował mnie strach. Nie wiedziałam, co zastanę, panicznie bałam się, że umrze.

Agnieszka miała już prawie 15 lat i po raz pierwszy poszła na Sylwestra do koleżanki. Zostaliśmy sami. O północy życzyłam sobie i mężowi, abyśmy następny rok przywitali razem. Mąż powiedział wówczas, „jestem już zmęczony i chciałbym umrzeć”. Zaskoczyły mnie jego słowa. Przytuliłam się do niego i powiedziałam, „nie martw się jestem przy Tobie i wszystko będzie dobrze”.

Jak wspomniałam, mąż od paru miesięcy nie wychodził z domu, a po Nowym Roku przez trzy dni, od rana jeździł i odwiedzał rodzinę i najbliższych przyjaciół. W trzecim dniu, wracając postanowił zajrzeć jeszcze do biura, choć wiedział, że jestem już w domu. Wszedł do biura i upadł. Lekarzom z pogotowia udało się przywrócić akcję serca. Kiedy pojechałam do szpitala powiedziano mi, że zapadł w głęboką śpiączkę a jego mózg nie pracuje. Wróciłam do domu, ale tak naprawdę nic do mnie nie docierało. Wierzyłam, że mąż się obudzi i wszystko będzie dobrze. Na drugi dzień, lekarz dyżurny poinformował mnie, że mąż nie przeżyje następnej doby. Minęły trzy doby, potem następne, a on żył. Do szpitala jeździłam dwa trzy razy dziennie i za każdym razem słyszałam, że to nastąpi tej doby.  W końcu lekarze powiedzieli mi, że nie potrafią wytłumaczyć, dlaczego mąż jeszcze żyje. Uświadomili mnie, że jeśli nawet jakimś cudem się obudzi i tak będzie roślinką. Po raz pierwszy zaczęłam się bać. I tak minęło dwa tygodnie. Mąż miał już zupełnie sine nogi, ale wciąż żył. Zbliżał się dzień piętnastych urodzin córki. Agnieszka bała się, żeby tata nie umarł w jej urodziny. Wytłumaczyłam jej, że może on właśnie czeka na ten dzień.

W dniu jej urodzin pojechałyśmy do szpitala. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale byłam przekonana, że to nastąpi właśnie w tym dniu. Córka głaskała tatę po rękach i coś do niego mówiła. Ja stałam i patrzyłam, łzy same spływały mi po policzkach. Po chwili zauważyłam, że na monitorze pojawiła się pozioma kreska. Wyprowadziłam córkę z sali. Wpadł lekarz z pielęgniarką i po reanimacji, serce męża jeszcze zaczęło bić. Agnieszka nie zorientowała się, o co chodzi. Obie pożegnałyśmy się z mężem i pojechałyśmy do domu. Po drodze kupiłam symboliczny torcik dla córki, miała przyjść rodzina i przyjaciele. Ktoś zapalił świeczki na torcie, a córka miała pomyśleć sobie życzenie. Kiedy gasiła świeczki spojrzałam na zegarek była 18.50. Byłam niespokojna. Poprosiłam brata, aby zadzwonił do szpitala i zapytał o męża. Od pielęgniarki usłyszał, że nie ma lekarza a ona nie może udzielać informacji. Po chwili odważyłam się i zadzwoniłam osobiście. Powiedziałam, że ja nie chcę informacji, lecz tylko pytam, o której godzinie to się stało? Zgon nastąpił o18.55 usłyszałam w słuchawce. Miał 48 lat. Życzeniem Agnieszki, było, aby tata obudził się zdrowy, albo w spokoju odszedł.

 

P.S. Minęło 13 lat od śmierci męża, a mnie wciąż GO brakuje.

 

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pobicie ze skutkiem śmiertelnym

25 sty
Ten rozdział będzie chyba najtrudniejszy do napisania.

W ostatniej klasie szkoły średniej, Piotr w czasie ferii zimowych pojechał do biologicznych rodziców, ponieważ chciał poznać swoich starszych braci. Był już pełnoletni, więc nie mogłam mu tego zabronić.  Powiedziałam mu, że mam duże obawy i nie pochwalam tego pomysłu. Tak jak bym przewidziała kłopoty. Po kilku dniach otrzymałam telefon z Prokuratury, że został zatrzymany w areszcie na trzy miesiące. Wraz z braćmi dopuścił się przestępstwa włamując się do sklepu sportowego i wszyscy trzej zostali złapani na gorącym uczynku. W pierwszej chwili pomyślałam sobie, że musi ponieść konsekwencje swojego czynu, ale to oznaczałoby, że nie ukończy szkoły. Postanowiłam, że spróbuję mu pomóc i dam jeszcze jedną szansę. Chciałam, żeby skończył szkołę i podjął uczciwą pracę. Pojechałam, więc na drugi koniec Polski do miejscowości gdzie mieszkali biologiczni rodzice chłopców i udałam się do pani Prokurator. Przedstawiając całą sytuacją, prosiłam ją przede wszystkim o to, żeby Piotr mógł odpowiadać z wolnej stopy. Prokurator obiecała, że zrobi wszystko, aby za parę dni syn opuścił areszt i wrócił do domu. Tak też się stało. Dzięki temu, Piotr ukończył szkołę a mąż załatwił mu niezłą pracę. Otrzymał mieszkanie, które mu urządziliśmy. Dostał od nas wszystko, co było mu potrzebne, aby rozpocząć nowe życie. Od mebli, sprzętu AGD, TV dywanu, firanek, lamp itd., po cale wyposażenie kuchni i łazienki.
Pracował, miał mieszkanie i często nas odwiedzał. Byłam szczęśliwa, że wszystko dobrze się skończyło. Tego samego pragnęliśmy dla Kuby. Było ciężko, bo Kuba był trochę innym dzieckiem. Bardziej upartym, a przede wszystkim większym „wagarowiczem”. Wagarował od pierwszej klasy podstawówki. Nigdy nie mógł „trafić” do szkoły. Robiliśmy wszystko, aby go nie wyrzucili ze szkoły. Mieliśmy stały kontakt z wychowawcą i dyrektorem. Tylko nie pojawił się w szkole, zaraz mieliśmy telefon. Dyrektor obiecał nam, że go przepuści pod warunkiem, że nie będzie nieobecności. Zaczęliśmy wozić go do szkoły samochodem, żeby tylko do niej poszedł. Na warsztatach, Kuba był nawet chwalony, jako fachowiec. Nikt sobie nawet nie wyobraża mojej radości, jak zobaczyłam świadectwo ukończenia szkoły, Kuby. W tym dniu, kiedy odebrał świadectwo, wrócił do domu zupełnie pijany. Wtedy dopiero przekonałam się, że jest bardzo agresywny i wręcz niebezpieczny pod wpływem alkoholu. Ale chciałam wierzyć, że to było zachowanie jednorazowe. Kubie również załatwiliśmy ładną kawalerkę i daliśmy pełne wyposażenie. Mieszkanie wymagało jedynie odmalowania ścian. Kupiliśmy farbę, a Kuba powiedział, że sam zajmie się malowaniem. Któregoś dnia chłopcy, aby nam podziękować, zaprosili nas do mieszkania Piotra na kolację. Byliśmy mile zaskoczeni, bo przyrządzili ją naprawdę wspaniale. Pięknie ubrali stół, zrobili przepyszną sałatkę jarzynową, jajka w majonezie, jakieś śledziki, udekorowali półmiski z wędliną itd. Jedliśmy, rozmawialiśmy, a ja byłam dumna, że nam się udało ich urządzić i przetrwać wszystkie trudności, jakie napotykaliśmy po drodze. To było przecież prawie 17 lat walki o nich.
Po ich usamodzielnieniu, pierwszy raz od wielu, wielu lat mogliśmy sami wyjechać gdzieś na urlop. Właśnie podczas naszej nieobecności Kuba miał malować swoje mieszkanie. Obiecałam mu, że po powrocie z urlopu, pomogę mu posprzątać, powiesić firanki i ustawić meble.
Wjechaliśmy ze znajomymi na dwutygodniowe wczasy. 
Po kilku dniach zaczęłam mieć dziwne koszmarne sny, chodziłam jakaś podenerwowana i rozdrażniona. Coś mi mówiło, żeby pojechać do domu i sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Myślałam o włamaniu lub zalaniu mieszkania. Zostawiłam męża ze znajomymi i pojechałam z koleżanką do domu, ale z mieszkaniem było wszystko ok. Zadzwoniłam do swojej przyjaciółki, która mieszkała dwie ulice dalej. W słuchawce usłyszałam, „to już wiesz?”,  zapytałam, ale o czym?  To, czego się dowiedziałam i przeczytałam w gazecie, zwaliło mnie z nóg. Moi synowie zostali zatrzymani w areszcie, za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Koleżanka, z którą przyjechałam z Ośrodka Wczasowego, pracowała w Policji, więc szybko dowiedziała się o makabrycznych szczegółach tej tragedii. Nie będę opisywała detali, bo to jest zbyt trudne. Wspomnę tylko, że Piotr i Kuba, przypadkowo spotkali studenta pod sklepem monopolowym i zaprosili go do domu. Wypili dużą ilość alkoholu i doszło do awantury o jakiś drobiazg. W bestialski sposób skatowali niewinnego człowieka i chcieli pozbyć się zwłok. Zbiegiem strasznej okoliczności, to był syn osoby, z którą kiedyś ja i mąż pracowaliśmy, a nasi synowie jeździli razem na wakacje.
Nie dochodziło do mnie, że to wszystko jest prawdą. Myślałam, że dostanę obłędu. Nie wiedziałam jak mam o tym powiedzieć mężowi, który był poważnie chory na serce. Bałam się, że tego nie przeżyje. Powiedziałam mu o wszystkim w obecności lekarza, który wcześniej zrobił mężowi jakiś zastrzyk.
Kiedy już trochę doszłam do siebie poszłam do więzienia zobaczyć się z Piotrem i Kubą. To, co usłyszałam od nich oraz brak skruchy przede wszystkim ze strony Kuby, utwierdziło mnie w przekonaniu, że tym razem moje sumienie nie pozwala mi im pomóc. Uważałam, że muszą ponieść konsekwencje swojego okropnego czynu. W porozumieniu z mężem, powiedziałam im uczciwie, że nie mogą liczyć na nas, jeśli chodzi o adwokata. Wizyty w więzieniu były dla mnie za każdym razem ogromnym przeżyciem. Nigdy wcześniej nie byłam w takim miejscu. Do dziś pamiętam ten przeraźliwy trzask okratowanych drzwi. Mąż, nie zdecydował się odwiedzić Piotra i Kuby w więzieniu. Agnieszka była ze mną tylko raz na widzeniu u braci. Długo nie mogła dojść do siebie po tej wizycie. Od tamtej pory nigdy ich nie widziała.

P.S. Piotr zmarł na nowotwór w wieku 31 lat. Na wolność wyszedł po 8 latach ze względu na stan zdrowia. Zdążył się ożenić i ma córeczkę, której dał na imię Agnieszka. Jego żona zmarła 8 miesięcy po porodzie.
Kuba wyszedł z więzienia po 12 latach. Ożenił się i ma trzyletniego synka. Obecnie nie utrzymujemy ze sobą kontaktów.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wizyta pani Z

21 sty
Na lotnisku czekał na nas mąż z bukietem kwiatów. Omal mnie nie udusił z radości. Do ostatniej chwili nie wierzył, że wrócimy do Polski. Muszę przyznać, że moje pierwsze wrażenie po 11 miesiącach nieobecności było negatywne. Z pięknej, ciepłej i kolorowej Australii, znalazłam się jakby w innym świecie. Był listopad, Warszawa była szara i ponura. Długo dręczyło mnie pytanie, czy na pewno podjęłam dobrą decyzję?
Kiedy weszłam do mieszkania w pierwszym momencie poczułam się dziwnie obco. Dlaczego? Zupełnie nie potrafię tego wyjaśnić. Chłopcy o niczym nie wiedzieli, więc mój powrót był dla nich niespodzianką i ogromną radością.  
I tak rozpoczął się kolejny rozdział w moim życiu…
Mąż był na rencie, a ja nie pracowałam. Musieliśmy zastanowić się, co dalej? Przypadek zrządził, że któregoś dnia, spotkaliśmy dawnego kolegę męża, który zaproponował mu pracę. Praca była odpowiedzialna, ale jednocześnie bardzo dobrze płatna. To był początek lat dziewięćdziesiątych. Ja zajmowałam się domem i dziećmi. Mąż właściwie nie uczestniczył w wychowaniu dzieci, ponieważ wracał do domu dość późno. Ale czy moje życie mogło być spokojne?
Zaczęły się bardzo poważne kłopoty wychowawcze z chłopcami. Jak już kiedyś wspominałam myślałam, że to, jakie będzie dziecko w przyszłości zależy przede wszystkim od wychowania i od rodziny, w jakiej się wychowuje, a nie od genów.
BARDZO SIĘ MYLIŁAM. Piotruś i Kuba, byli trudnymi dziećmi od początku, ale wierzyłam, że z tego wyrosną. Już w wieku 6-7 lat zaczęli kraść. Pamiętam jak Kubuś w wieku 6 lat ukradł mi z portfela całą pensję. Nigdy jednak nie chowałam przed nimi pieniędzy, bo uważałam, że rozmowy na ten temat i obdarzenie ich zaufaniem dadzą lepsze rezultaty. Niestety nic nie pomogło, kradli coraz większe sumy. Zaznaczam, że zawsze dostawali kieszonkowe odpowiednie do wieku i niczego im nie brakowało. Zaczęłam „poszukiwać” przyczyn ich zachowania. Postanowiłam sięgnąć do ich korzeni. Nie znałam ich rodziców i praktycznie nic nie wiedziałam o nich. Miałam tylko ich adres. Okazało się, że ich ojciec odsiadywał kilka wyroków za kradzieże i rozboje. Mieli jeszcze dwóch starszych braci, którzy również zaliczyli pobyty w więzieniach. A jako młodociani przebywali w poprawczaku. Zasięgnęłam opinii psychologa, który wyprowadził mnie z błędu i powiedział, że zachowania i postawy Piotra i Kuby mają podłoże w genach. Załamałam się. Czyżby nic nie dało się zrobić?
Nie przestałam rozmawiać i tłumaczyć chłopcom, że takie postawy nie prowadzą, do niczego dobrego. Próbowałam wszystkiego. Prośby, nagradzania, sprawdzania czy nie wynoszą czegoś z domu, kary. Nic nie pomogło. Jak nie mogli wynieść czegoś w plecaku, wyrzucali przez okno (mieszkaliśmy na I piętrze). Zaczęłam być jednym kłębkiem nerwów, bo nieporozumienia były coraz częstsze. Chłopcy rośli i łobuzowali coraz bardziej. Doprowadzili mnie do takiego stanu, że wszystko wypadało mi z rąk. Doszłam do wniosku, że to walka z wiatrakami. Agnieszka była bardzo wrażliwym dzieckiem i mocno przeżywała napięcia w domu. Chodziła do szkoły muzycznej i grała na fortepianie. Mąż był chory na serce. Postanowiłam przestać „walczyć” i pozostawić wszystko losowi, żeby tylko był spokój w domu. Przyjęłam sobie za cel, żeby chłopcy, przede wszystkim ukończyli szkołę średnią, zdobyli zawód i mieli swoje mieszkania. Złożyliśmy w UD wnioski o mieszkania dla nich, opisując naszą sytuację.
Kiedy Piotr miał 18 lat zapytał mnie o swoich rodziców. Chciał poznać biologiczną matkę. Powiedziałam mu, że jeśli chce mogę zaprosić ją do nas. Uprzedziłam go jednak, jakie to środowisko. Kubuś nie chciał absolutnie słyszeć o rodzicach. Wysłałam list do ich matki z zaproszeniem i pieniądze na podróż. Przyjechała. Była spokojna i nie tłumaczyła się dlaczego odebrano jej dzieci, ale ja wiedziałam, że była alkoholiczką. Podziękowała mi, że wychowałam jej synów. Po jej wizycie na parę miesięcy zapanował w domu spokój. Piotr i Kuba, dowiedzieli się o swoich braciach i zrozumieli, jak mogło wyglądać ich życie gdyby nie trafili do naszej rodziny.
I tak mijały dni… tygodnie…miesiące… a ja znów płakałam z bezsilności i prosiłam „swojego” Boga, aby dodał mi siły, abym wytrwała w swoim postanowieniu. Nie chciałam i nie mogłam się PODDAĆ! Powtarzałam sobie, wszystko będzie dobrze, bo ja tego bardzo chcę…

P.S. Z czasem Kuba przyznał się, że dosypywali mi do herbaty relanium i w nocy kradli mężowi kluczyki od samochodu i jeździli po osiedlu.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Australia cz. II

18 sty
Zbliżał się dzień, w którym kończyły się owe trzy miesiące u Jarka. Nie chciałam narażać Amelki na dodatkowe koszty wynajęcia dla nas mieszkania, a przecież jeszcze pozostała kwestia mojego utrzymania. Nie miałam możliwości podjęcia pracy w pełnym wymiarze, ponieważ miałam małe dziecko, którym musiałam się zajmować.
Jeszcze mieszkając u Mateusza, moja rodzina postanowiła, bez mojej zgody i wiedzy, że da ogłoszenie matrymonialne, abym ułożyła sobie życie. Na anons odpowiedziało między innymi, sporo Polaków. Nie byłam zupełnie tym zainteresowana! Ale jeden z panów pan W z Sydney, często pisał i dzwonił do mnie pomimo wszystko. Utrzymywaliśmy koleżeński kontakt na odległość. Z czasem Włodek był jedyną osobą, z którą mogłam szczerze porozmawiać. Pewnego dnia, znając moją sytuację, zaproponował mi, że mogę przyjechać do Sydney i zamieszkać u niego. Miał dom, w którym były trzy sypialnie i zapewnił mnie, że chce mi pomóc bezinteresownie, żebym nie miała żadnych podejrzeń czy podtekstów. Miałam duże obawy, ale pomyślałam sobie, że komuś muszę przecież zaufać. Tym bardziej, że moja rodzina żądała ode mnie, abym zaczęła radzić sobie sama. Tłumaczyłam, że nie chcę zostać w Australii, ale oni byli zdania, żebym poczekała, chociaż na pobyt stały z biura emigracyjnego. Zgodziłam się z nimi. A ponieważ atmosfera między rodzeństwem zaczęła być coraz bardziej napięta (chodziło o to, co dalej zrobić ze mną), postanowiłam skorzystać z propozycji człowieka, którego nawet nie widziałam. Nie znając praktycznie języka, wsiadłam z Agnieszką do pociągu i wyruszyłyśmy w trzydniową podróż do największego miasta w Australii, Sydney. To była trudna podróż. Trzy dni i noce spędziłam w pociągu na siedząco. Agnieszka kładła główkę na moich kolanach i spała. W dzień, przez okno pociągu obserwowałam krajobrazy. Nigdy nie widziałam czegoś tak fantastycznego. Australia to piękny, niesamowity i tajemniczy kraj.
Włodek czekał na nas na dworcu. Zapytał mnie tylko – dlaczego rodzina pozwoliła, abym jechała z dzieckiem pociągiem, nie dużo droższy jest przecież wygodny autokar z rozkładanymi siedzeniami do spania. Kiedy weszliśmy do domu, byłam trochę zaskoczona, taki panował tam bałagan. Pomyślałam sobie, dlaczego zawsze muszę zaczynać od sprzątania?  Byłyśmy bardzo zmęczone, więc chciałam jak najszybciej się położyć. Na szczęście gospodarz domu pomyślał o czystej pościeli. W domu były trzy sypialnie. Zmieniłam pościel, wykąpałyśmy się i poszłyśmy spać.
Przez kilka następnych dni doprowadziłam dom i ogród do porządku. Było całkiem ładnie. Włodek zgłosił mnie i Agnieszkę oficjalnie, że mieszkamy razem z nim i tym sposobem mógł zapisać córkę do szkoły. Siostra przysyłała mi  150  dolarów miesięcznie. Byłyśmy bardzo zadowolone, miałyśmy spokój i ciszę. Ja zajmowałam się domem i ogrodem, Agnieszka chodziła do szkoły. Włodek wracał z pracy dopiero wieczorem. Był rozwodnikiem i miał dwóch synów w wieku 9 i 11 lat, którzy przyjeżdżali do niego na weekendy. Wspólnie jeździliśmy na wycieczki i zwiedzaliśmy Sydney. Włodek czasem sam zabierał dzieci do kina lub do parku rozrywki. Byłam wdzięczna i dziękowałam mu za to, że jest dla nas taki dobry. Ale on tylko mówił – to ja Ci dziękuję, że tyle mi pomagasz, a dzięki wam nie jestem taki samotny i chętnie wracam do domu. To był naprawdę wspaniały, dobry człowiek. Tylko trochę zagubiony…
I tak minęło pięć miesięcy… Przez cały ten czas miałam stały kontakt z mężem i chłopcami. Dzwoniłam do domu, pisałam listy, nagrywałam kasety, czasem wysłałam pieniądze. Przez moment zaczęłam rozważać możliwość pozostania w Australii. Pojechaliśmy z Włodkiem do ambasady, aby dowiedzieć się, jakie są szanse, abym mogła ściągnąć męża, Piotrusia i Kubusia. Okazało się, że owszem jest to możliwe, ale procedura może trwać 2-3 lata. Tęsknota za bliskimi i Polską pogłębiała się coraz bardziej i zaczęła być nie do zniesienia. Bardzo cierpiałam. W tej sytuacji podjęłam decyzję o powrocie do Polski. Nie mogłam postąpić inaczej, chłopcy mieli już 12 i 13 lat i zdawałam sobie sprawę, że wchodzą w trudny wiek. O swojej decyzji poinformowałam rodzinę. Było mi przykro ze względu na Włodka, rozstanie nie było łatwe, ale on mnie rozumiał. Odwiedziłam jeszcze trzeciego brata, który mieszkał w Melbourne. Brat pokazał mi miasto, przepiękny Ogród Botaniczny i ZOO. Byłyśmy u niego 10 dni.  Wróciłam do Sydney, a stamtąd wygodnym autokarem do Perth. Moja siostra Amelka, za wszelką cenę nie chciała, abym wracała do Polski. Na tydzień przed moim wyjazdem, zawiozła mnie do jakiegoś swojego kolegi Sławka, który wybudował piękny dom i rzekomo potrzebował pomocy w jego urządzaniu. Dom rzeczywiście był okazały, nie wspominając już o wielkim basenie. Sławka widziałam jeszcze dwa razy. Siostra zaprosiła go również na przyjęcie, które przygotowała mi na pożegnanie. Sławek był sympatyczny, inteligentny i szalenie przystojny. Bez ogródek, zaproponował mi, że jeśli tylko zechcę wszystko, co posiada może należeć też do mnie. Nalegał… prosił….  Ale ja już podjęłam decyzję. Musiałam mu się spodobać, bo przyjechał na lotnisko z pięknymi kwiatami i próbował mnie jeszcze przekonywać, abym została lub chociaż przełożyła lot. To było bardzo miłe, jednocześnie odrobinę zabawne, bo znaliśmy się zaledwie tydzień. A może jednak istnieje miłość od pierwszego wejrzenia…?


 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Australia cz. I

17 sty
Przyznam się szczerze, że trudno mi będzie opisać mój pobyt w Australii. Chciałabym napisać, że było wspaniale, ale…
Nie pamiętam, kto wyjechał po mnie na lotnisko, chyba Mateusz, bo to u niego miałam mieszkać przez trzy pierwsze miesiące. Zdziwiłam się, że na lotnisku nie było Amelki. Może pracowała?
Już na drugi dzień moja bratowa wysłała mnie do sklepu po haftki i na pocztę. Nie znałam języka (uczyłam się angielskiego przed wyjazdem trzy miesiące), ale wzięłam słownik i poszłam. Po drodze łzy leciały mi jak grochy. Nie z powodu tego, że bratowa wysłała mnie do sklepu, lecz dlatego, że zrobiła to na drugi dzień (nie zdążyłam się nawet rozpakować i odpocząć po podróży, nie mówiąc już o przystosowaniu się do zmiany czasu).  Nie powiedziała mi jak nazywają się haftki po angielsku. Powiedziała tylko, „musisz sobie radzić”. Stanęłam przed sklepem z pasmanterią, wyjęłam słownik i szukałam tych nieszczęsnych haftek. Nagle za plecami usłyszałam męski głos – „ może w czymś pani pomóc”?  O Boże – powiedziałam – z nieba mi pan spadł. Jakież było moje zdziwienie, że pierwszy człowiek, jakiego spotkałam w Australii – to Polak. Ów miły pan pomógł mi kupić haftki i wysłać list na poczcie. Wróciłam do domu, a moja bratowa zdziwiona powiedziała – widzę, że sobie poradziłaś. Nigdy nie przyznałam się, że ktoś mi w tym pomógł.
Mateusz i jego żona pracowali. Ja przez te trzy miesiące zajmowałam się domem. Mieli dom z basenem i niewielkim ogrodem. Dom był ładny, ale zaniedbany. Podkasałam rękawy i wzięłam się za sprzątanie. Z dnia na dzień dom piękniał. Brat nawet zapytał czy malowałam okna i drzwi, a ja po prostu porządnie je wyszorowałam. Gotowałam, sprzątałam czyściłam basen i pieliłam ogródek. Chciałam w ten sposób okazać im wdzięczność, że mnie zaprosili. Nie byłam jednak dobrze traktowana przez Mateusza i jego żonę. Pewnego dnia wyjechali na kilka dni. Przed wyjazdem, nie zrobili zakupów. Może zapomnieli? W lodówce znalazłam jedynie mleko i coś zamrożonego, co wyglądało jak kluseczki. Po ugotowaniu okazało się, że to były krewetki. Nie lubiłam krewetek, więc dałam je psu (mieli dużego boksera). Po powrocie brat i bratowa delikatnie mówiąc, nie mogli mi wybaczyć, że pies „zjadł”  8 dolarów. Na szczęście odwiedziła mnie Amelka, sama zauważyła, że nie mam, co jeść i zostawiła mi pieniądze.
U brata Mateusza spotkała mnie jeszcze nie jedna przykrość, ale wiedziałam, że po trzech miesiącach zamieszkam u Jarka.
Nie napisałam najważniejszego. Moje rodzeństwo było przekonane, że ja zostanę w Australii na stałe. Już przed moim przyjazdem załatwili mi fikcyjny ślub, z dobrym kolegą Amelki, który odbył się niespełna dwa miesiące po moim przyjeździe. Ja wiedziałam, że chcę wrócić do Polski, nie miałam jednak, z kim na ten temat porozmawiać. Rodzeństwo nie brało pod uwagę mojego powrotu do kraju. Do dziś nie wiem, dlaczego zgodziłam się na ten ślub?  Chyba bałam się, że każą mi natychmiast wracać. Przyjechałam w konkretnym celu, chciałam pomóc Agnieszce, ale cel mojej rodziny był inny niż mój.
I tak mijały dni … tygodnie… miesiące…
Liczyłam dni … Tęsknota za mężem, chłopcami i moją przyjaciółką nie dawała mi spać… Wieczorami tuliłam się do poduszki i płakałam. Prosiłam „ swojego” Boga żebym wytrzymała jak najdłużej, bo przecież robię to dla mojej córki, aby była zdrowa.
Po trzech miesiącach, zgodnie z planem przeprowadziłam się do brata Jarka. Również miał dom z basenem.
Było mi tam dobrze. Brat mieszkał z żoną, córką i teściową. Nie mogłam się jedynie pogodzić z faktem, że jego wówczas jedenastoletnia córka była bardzo przykra dla mojej Agnieszki. Dorotka miała cały pokój wspaniałych zabawek. Nigdy nie zapomnę widoku, jak Agnieszka stoi w drzwiach pokoju Dorotki a ta krzyczy „ masz stopę w moim pokoju. NIE POZWOLIŁAM CI WEJŚĆ!!! „  Myślałam, że serce mi pęknie, bo moja mała córeczka płakała i prosiła ją czy może tylko dotknąć lalkę Barbie. Ale odpowiedź była zawsze taka sama, NIE!!  Wieczorem Agnieszka tuląc się do mnie zapytała, mamusiu, dlaczego Dorotka mnie nie lubi?  Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć, ale przyrzekłam jej, że jak wrócimy do Polski, kupię jej dużo pięknych zabawek. Nie mówiłam o tym bratu, bo on kochał Dorotkę ślepą miłością i bardzo ją rozpieszczał. Nie mogłam jednak patrzeć jak moje dziecko płacze i jest smutne. Poprosiłam żonę Jarka, żeby mi pomogła znaleźć jakąkolwiek pracę. Raz w tygodniu sprzątałam duży dom. Za pierwsze zarobione pieniądze kupiłam Agnieszce lalkę Barbie.
Jak wspomniałam, miałam mieszkać trzy miesiące, a potem u Amelki. Niestety Amelka powiedziała mi, że ze względu na męża nie chce, abym mieszkała u niej, woli mi na ten czas coś wynająć. To była dla mnie przykra wiadomość. Tak bardzo się cieszyłam, że spędzę nareszcie trochę czasu z siostrą, którą bardzo kochałam. Ale ona się zmieniła, to już nie była ta sama Amelka. Byłam przekonana, że cierpi, że tęskni za Polską. Słuchała wciąż, między innymi piosenki,  Jacka Kaczmarskiego i jedną Andrzeja Rosiewicza pt. „Może to przeznaczenie”. Grała je na gitarze i śpiewała. NIE POTRAFIŁAM JEJ POMÓC. Udawała, że wszystko jest w porządku, ale nikt nie znał jej tak jak ja. Mąż Amelki, człowiek niezwykle pracowity, miał jedną wadę, kochał ją chorą miłością. Wiedziałam, że ona nie ma, z kim porozmawiać o swoich rozterkach i tęsknotach.
Myślę, że nie tylko Amelka była nieszczęśliwa w Australii, ale moi bracia również. Wszyscy byli młodzi, pracowali, dobrze znali język, mieli piękne domy i niczego im nie brakowało. Ale czy na pewno byli szczęśliwi? 


 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Podróż do Australii

15 sty

Wyjazd do Australii bardzo przeżywałam. Z jednej strony cieszyłam się, że zmienię klimat Agnieszce, że zobaczę się z rodzeństwem, a z drugiej strony wiedziałam, że będę bardzo tęskniła za chłopcami, mężem i przyjaciółmi. Podróż miałyśmy z przesiadką w Singapurze. Ale zanim tam doleciałyśmy… przeżyłam HORROR. Otóż po starcie z Warszawy mieliśmy mieć krótki postój w Taszkiencie na tankowanie. Poproszono, abyśmy opuścili samolot i przeszli do poczekalni. Za około 40 min planowo mieliśmy wylecieć dalej. Poczekalnia była niewielka z drewnianymi ławkami i kratami w oknach. Usiedliśmy i spokojnie niczego nie podejrzewając czekaliśmy. Minęła godzina, potem druga i trzecia. Pasażerowie zaczęli dopytywać się, dlaczego to trwa tak długo?  Kapitan i stewardesy uspakajali ludzi. Podano nam  posiłek z samolotu, potem drugi. Mijały godziny, a my wciąż siedzieliśmy w zimnej w poczekalni.
Położyłam na ławce dziecko, a sama czuwałam. Posiłki się skończyły i Rosjanie zaproponowali nam po kromce chleba z żółtym serem i gorzką herbatę. Mieliśmy przejść do kuchni. Nie da się opisać jak tam było brudno, ale to pół biedy, gorsze były biegające wszędzie karaluchy. Moja niespełna pięcioletnia córka była na diecie bezglutenowej i nie mogła jeść chleba. Poprosiłam, więc Kapitana, że muszę wejść do samolotu po kaszkę dla niej. Usłyszałam odpowiedź, że to niemożliwe. Ja jednak nalegałam argumentując, że córka nie ma co jeść. Kapitan zgodził się porozmawiać z Rosjanami. Pod eskortą uzbrojoną w karabiny trzymane w pozycji gotowości do strzału, otoczeni ze wszystkich stron, szliśmy do samolotu. Czułam jak ciarki przechodzą mi po plecach. Spojrzałam na nasz samolot, a na skrzydle byli jacyś ludzie i coś robili. Zapytałam Kapitana czy to uszkodzenie samolotu? Nie przytaknął, ale i nie zaprzeczył. Nalegałam, aby mi powiedział prawdę, przecież widzę kapitanie, co się dzieje – powiedziałam. Skoro już pani wie, bardzo proszę  nikomu nic nie mówić, bo wybuchnie panika wśród pasażerów. Zapytałam jak długo to potrwa, odpowiedział niepewnym głosem, że Rosjanie dali konkretny czas na opuszczenie lotniska. Drążyłam dalej pytając, co będzie, jeśli nie zdążą usunąć usterki. Lotnisko i tak musimy opuścić – odpowiedział. Dodał, że to lotnisko wojskowe i Rosjanie nie wyrazili zgody na ulokowanie nas w hotelu na koszt Polski.
Wróciłam z kaszką do poczekalni. Chyba musiałam być bardzo blada, bo ktoś zapytał czy dobrze się czuję? Pamiętam tylko, że mocno przytuliłam Agnieszkę. Po 40 godzinach opuściliśmy lotnisko w Taszkiencie. TO BYŁ KOSZMAR. Nie wiedziałam czy zdołano naprawić samolot, przerażona wsiadłam do samolotu. Trzymałam mocno córeczkę za rączkę i wciąż jej powtarzałam „KOCHAM CIĘ  SKARBIE”. W pewnym momencie samolot zaczął tracić wysokość, leciał w dół jak kamień. Serce podeszło mi do gardła, byłam przekonana, że to już koniec. Ściskałam mocno rękę Agnieszki i w kółko powtarzałam, „wszystko będzie dobrze, bo ja tego bardzo chcę”. Jakimś cudem samolot się „zatrzymał” i tak dwukrotnie. Ludzie byli przerażeni,
w samolocie panowała idealna cisza.  Po szczęśliwym lądowaniu w Singapurze, długo biliśmy brawa dla załogi samolotu. Byłam bardzo zmęczona, nie spałam prawie 3 dni. Przez łzy cieszyłam się, że żyjemy. Modliłam się tylko, abym dała radę wsiąść do drugiego samolotu. Pomyślałam sobie wtedy – DAM RADĘ, NIC NIE MOŻE MNIE POKONAĆ. Myślę, że obecność mojej córeczki tak bardzo mnie motywowała. Kiedy wsiadałam resztkami sił do dużego Boeinga, musiałam bardzo źle wyglądać, bo posadzono mnie z Agnieszką w pierwszej klasie. Pamiętam, że stewardesa budziła mnie od czasu do czasu i mówiła „nakarm dziecko”, ale ja nie miałam siły się obudzić.
Wylądowaliśmy w PERTH. Nasza podróż do Australii trwała 72 godziny. Była pełna grozy i zapadła w mej pamięci NA ZAWSZE!

P.S. Jarek miał przyjaciela, który pracował w LOT- cie, a który odwiedził brata, wówczas, kiedy i ja jeszcze byłam w Australii. Kolega potwierdził, że samolot, którym leciałam z córką do Singapuru  miał bardzo poważną awarię i rzeczywiście dzięki ogromnemu doświadczeniu Kapitana cudem dolecieliśmy na miejsce, a osoby odpowiedzialne za zaistniałą sytuację straciły pracę.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Operacja

14 sty

Nasza rodzina liczyła już sześć osób. Ja pracowałam, mąż był nadal na rencie. Zaczęły się poważne problemy zdrowotne z Agnieszką i mężem. Córka często zapadała na nawracające zapalenia oskrzeli i płuc, które kończyły się pobytami w szpitalu. Mąż czuł się coraz gorzej. Bóle wieńcowe były tak silne, że nie pozwalały mu przespać spokojnie nocy.
Pewnego dnia Agnieszka otrzymała skierowanie do Sanatorium. Była malutka, więc nie chciałam się z nią rozstawać na tak długo. Rozsądek jednak wziął górę. Na szczęście sanatorium nie było daleko, więc mogliśmy ją często odwiedzać. Kiedy
pojechaliśmy pierwszy raz odwiedzić córkę, dowiedzieliśmy się od lekarza, że Agnieszka ma gruźlicę. Ta informacja była dla nas szokiem. Przebadaliśmy się wszyscy łącznie z rodziną i wszystkimi znajomymi, którzy nas odwiedzali. Wszyscy byli zdrowi.
Pani doktor uspakajała mnie, żebym się nie martwiła, ponieważ choroba została zdiagnozowana w pierwszym stadium.  Strach pomyśleć, co by było gdyby nie mój rozsądek. Leczenie Agnieszki trwało sześć miesięcy, z czego trzy spędziła w sanatorium. Pani doktor radziła zmianę klimatu Agnieszce, na co najmniej pół roku. Niestety, ze względów finansowych, nie mogliśmy sobie na to pozwolić.

Po ok 3 latach od pierwszego zawału serca, w dzień Bożego Narodzenia, mąż dostał drugiego zawału. W szpitalu lekarz poinformował mnie, że jeśli mąż nie wyrazi zgody na operację serca, za parę miesięcy umrze. Przeżyłam następny szok. Udało mi się  przekonać męża. Przewieziono go do innego szpitala, gdzie miał być operowany. Po badaniach okazało się, że jego stan jest poważniejszy niż myślano, a w Polsce jeszcze nie przeprowadzano tak skomplikowanych operacji z dużym powodzeniem. Został, więc zakwalifikowany do operacji w Belgii. Jego stan jednak pogarszał się z dnia na dzień i lekarze doszli do wniosku, że nie przeżyje transportu. W takiej sytuacji, Instytut Kardiologii wysłał jednego z lekarzy do Belgii, który tam asystował przy tego typu operacjach i zdobywał doświadczenie. Cały ten czas ok 6 miesięcy mąż przebywał w szpitalu oczekując na operację. Nie muszę chyba wspominać, co oboje przeżywaliśmy. Znowu żyłam jak w kieracie. Biegałam między pracą, domem i szpitalem. Miałam troje dzieci i Roberta. Było mi bardzo  ciężko, ale jakoś dawałam sobie radę. Po kilku miesiącach doktor P wrócił z Belgii i ustalił termin operacji.
Miałam świadomość, że jest to bardzo skomplikowana operacja. Postanowiłam, że zacznę oswajać się z myślą, że mąż może nie przeżyć zabiegu. Bałam się, że oszaleję, dlatego nie nastawiałam się na to, że wszystko będzie dobrze. Może trudno to zrozumieć, ale to był OGROMNY STRACH!!!  Miałam skrajne zachowania. Raz godziłam się z jego śmiercią, to znów powtarzałam uderzając głową o futrynę  „WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE, BO JA TEGO BARDZO CHCĘ.
Operacja trwała 8 godzin, mąż przeżył. Moja radość była WIELKA. Miał wówczas 37lat. I tak mijały dni… tygodnie… miesiące…

Po operacji mąż czuł się  coraz lepiej. Ale, aby kłopotów było mało,zaczął być chorobliwie zazdrosny o mnie. Nie dawał mi spokoju. Ciągłe podejrzenia, a nawet śledzenia doprowadziły mnie do stanu wyczerpania nerwowego. Zawsze był zazdrosny, ale, odkąd zaczął chorować i przestał pracować, jego zazdrość stała się nie do zniesienia. Choć kochałam męża, byłam już tym wszystkim naprawdę ZMĘCZONA. Wykończona fizycznie i psychicznie.
Rozpaczałam po nocach i pytałam „swojego” Boga, dlaczego? Dlaczego tak bardzo mnie doświadczasz? Pytałam - „Boże, kiedy przewidujesz dla mnie spokojniejsze życie? Życie bez chorób, zmartwień, problemów i upokorzeń? Życie bez łez i rozpaczy? „ Najchętniej uciekłabym na koniec świata, aby trochę odpocząć.

Pewnego dnia, zadzwoniła do mnie Amelka z Australii i powiedziała, że chcą mnie zaprosić z Agnieszką do Australii. Niestety, abym dostała wizę muszę być stanu wolnego. Oznaczało to, że powinnam rozwieść się z mężem. Początkowo nie braliśmy z mężem tego pod uwagę, ale kiedy Agnieszka
kolejny raz zachorowała, zdecydowaliśmy, że zrobimy to dla niej. Tym bardziej, że mąż wówczas czuł się naprawdę dobrze, a zmiana klimatu była dla córki ratunkiem. Rozwód otrzymaliśmy w ciągu dwóch miesięcy, a za cztery miesiące miałam zarezerwowany samolot do Australii.

P.S. Po roku okazało się, że gruźlicą zaraziła Agnieszkę pani doktór pediatra z przychodni rejonowej, która była chora na zaawansowaną gruźlicę. Nigdy nie powróciła do zawodu.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Robert

04 sty

 

Po kilku latach, postanowiłam odwiedzić trójkę swojego przyrodniego rodzeństwa. Asia miała wówczas 16 lat, Robert 14  i Kamila 10. Byłam ciekawa jak sobie radzą. Wiązało się to oczywiście z wizytą u mojego ojca. Ku mojemu zdziwieniu, ojciec wpuścił mnie do domu i poczęstował nawet kawą. Na miejscu dowiedziałam się, że jest już na rencie. Z jednej renty utrzymywał pięcioosobową rodzinę. Pomagała im trochę ciocia (siostra ojca). Zwróciłam się do Towarzystwa Przyjaciół Dzieci o pomoc dla nich i zaproponowano mi, że mogę przyjeżdżać w miarę potrzeb i wybierać dla rodzeństwa odzież (to były czasy, w których wiele instytucji otrzymywało tzw. dary z zagranicy). Chociaż w ten sposób mogłam im pomóc. Kupiłam dzieciom obuwie. Czasem dawałam rodzeństwu kieszonkowe, tak, żeby nie widział ojciec, bo z pewnością zabrałby im pieniądze. Za każdym razem, kiedy jeździłam do ojca serce mi się ściskało na myśl, co te dzieci przeżywają. Myślę, że nikt z Was nie zrozumie, bo nawet ja nie potrafię tego opisać. W domu panowała idealna cisza, tak jak za czasów mojego dzieciństwa. Dzieci były wystraszone, nie mogły się nawet odezwać. Nie miały prawa wyjść do mnie ze swojego pokoju bez jego zgody. Postępował dokładnie tak samo jhttp://blog.onet.pl/0ak z nami poza jednym wyjątkiem, nie bił ich tak jak nas. Zapytacie wobec tego, na czym polegały jego metody? Otóż mój ojciec znęcał się nad żoną i dziećmi psychicznie. On, JAK MAŁO KTO, POTRAFIŁ ZNISZCZYĆ  PSYCHIKĘ CZŁOWIEKA. Cała czwórka (dzieci i ich matka), była znerwicowana, przerażona i zastraszona. W ich oczach widziałam smutek i wołanie o pomoc. Było mi ich bardzo żal, ale cóż mogłam zrobić? Mogłam tylko ich odwiedzać, a to już było dla nich dużo. Oprócz mnie nikt nie bywał w tym domu, wiedziałam, że na mnie czekają. Nigdy jednak nie mogłam z nimi porozmawiać bez obecności ojca. Nie dopuszczał, abyśmy, choć na chwilę byli sami. To jedna z jego metod wychowawczych. Oni nie musieli nic mówić, ja wiedziałam, co czują i przeżywają. Przecież kiedyś, między innymi ja byłam w ich sytuacji. Do dziś nie wiem, dlaczego pani R nie pomogła swoim dzieciom?  Dlaczego nie uciekła od ojca wcześniej? Wiem natomiast, że sama była w złym stanie psychicznym. Była przerażoną istotą, która bała się własnego cienia.
Ja byłam pod opieką ojca tylko kilka lat, moje przyrodnie rodzeństwo 15 – 18 lat. To wystarczająco długo, aby już nigdy nie odbudować tego, co zostało zabite i zniszczone w człowieku. Pewnego dnia, do moich drzwi zapukała Asia i powiedziała, że uciekła od ojca. Zapytała czy może u mnie zostać. Oczywiście – odpowiedziałam. Niestety na drugi dzień przyjechał ojciec i siłą zabrał ją do domu. Po jakimś czasie do moich drzwi zapukał Robert i powiedział, że jeżeli będzie musiał wrócić do domu to popełni samobójstwo. Nie wiedziałam, co mam robić.  Przestraszyłam się, bo przecież mnie również ojciec doprowadził do takiego stanu, kiedy miałam 16 lat. Na drugi dzień rano, razem z mężem pojechaliśmy do Sądu. Przedstawiłam sprawę Przewodniczącej Wydziału dla Nieletnich. Kazała poczekać. Po dwóch godzinach wyszła i wręczyła nam Zaoczny Wyrok Sądu o tymczasowym umieszczeniu Roberta u nas w rodzinie zastępczej, a następnie mieliśmy złożyć wniosek do Sądu o ograniczenie praw rodzicielskich mojemu ojcu i pani R. Tak też zrobiliśmy. Mój ojciec szalał, szantażował mnie, próbował zastraszać, ale tym razem byłam niepokonana. Pracowałam w szkole i byłam pewna, że będzie próbował i tam psuć mi opinię. Opisałam jego wygląd paniom z sekretariatu i poprosiłam, żeby do mnie zadzwoniły, jeśli taki pan się pojawi. Zadzwoniły, za parę minut byłam w szkole. Ojciec był już w gabinecie  pani dyrektor. Weszłam, przeprosiłam panią dyrektor i usiadłam.Ojciec  zamilkł. „ No proszę – powiedziałam, mów dalej a jak skończysz ja przedstawię swoją wersję”.  Cisza… „ No, co, dlaczego milczysz?” – zapytałam. Ojciec złapał kapelusz, powiedział  „żegnam Panie” i wyszedł. Zdążyłam jeszcze tylko zapytać, „ Boisz się?  Porozmawiajmy”.  Choć cała się trzęsłam, to po raz pierwszy w życiu nie bałam się ojca. Poczułam ulgę. Miałam wówczas 30 lat. Dzięki dobrej opinii w pracy, nie musiałam nawet wiele tłumaczyć pani Dyrektor. Ale to co, przez parę minut zdążył powiedzieć mój ojciec chcąc osiągnąć swój cel, przeszło wszelkie moje wyobrażenia. Wkrótce odbyła się rozprawa o ograniczenie praw rodzicielskich nad Robertem. Ojciec próbował przed Sądem przedstawiać mnie w bardzo złym świetle, ale Sąd mu nie uwierzył. Pamiętam słowa pani Sędzi, która była oburzona  „ Jak panu nie wstyd tak traktować własne dzieci i tak kłamać ”. Wygrałam z ojcem. Ograniczono prawa rodzicielskie jemu i matce Roberta. Pani R  dla dobra syna nie sprzeciwiała się i wyraziła zgodę. Była szczęśliwa, że chociaż on wyrwał się od ojca. Jeszcze przed rozprawą, razem z Robertem namawialiśmy ją, żeby napisała doniesienie do Prokuratury, że ojciec znęca się nad rodziną. Dzieci prosiły i tłumaczyły jej, że przecież na pewno im uwierzą. Owszem pismo napisała i zostawiła u mnie. Nigdy jednak nie zgodziła się, żebym je wysłała. Do dziś mam to pismo. Pani R po prostu się bała, nie wierzyła, że kiedykolwiek uwolni się od TYRANA. Ojciec, podobnie jak kiedyś mnie, przystawiał jej pistolet do skroni i straszył – „Jedno pociągnięcie i po Tobie”- mówił. Miał też taką laskę, z której wysuwał się ostry bagnet, przykładał jej go do szyi i straszył.  Ja, jako 14 – 15 letnie dziecko, wierzyłam, że może to zrobić. Pani R  też w to wierzyła.
 
P.S. Asia uciekła z domu jak tylko skończyła osiemnaście lat. Robert po usamodzielnieniu wyprowadził się od nas i założył rodzinę.
Kamila uciekła od ojca w wieku 17 lat, a pani R razem z nią. Dopiero wtedy zdecydowała się na rozwód z ojcem. Zanim otrzymała mieszkanie tułały się po rodzinie i obcych ludziach. Kamila poszła do pracy i utrzymywała mamę. Dzisiaj moje przyrodnie rodzeństwo ma między 36 – 42 lata i utrzymujemy ze sobą bardzo dobre kontakty. Nigdy jednak nie doszli w pełni do równowagi psychicznej. Każde z nich ma za sobą próby samobójcze w młodości. Mają duże problemy w swoich związkach. Nie wierzą w siebie, nie mają poczucia własnej wartości, są zazdrośni o partnerów i zakompleksieni. Zdobyli wyższe wykształcenie, mają dobrą pracę, są inteligentni, dobrze sytuowani i naprawdę atrakcyjni.
Ojciec po rozwodzie z panią R miał jeszcze trzy kobiety, z których dwie z nich były jego żonami. Za sprawą przedostatniej żony pisali o nim w prasie, mówili w telewizji. Oczywiście bardzo negatywnie. Od tamtej pory już nigdy nie widziałam ojca. Na jego pogrzebie byłam ja, Asia, Kamila, Robert, dwie córki Pani N(ostatnia żona ojca, z którą po mojej mamie miał dwie córki i ożenił się z nią dwa lata przed śmiercią). Zmarł w wieku 78 lat. NIKT PO NIM NIE PŁAKAŁ!!!!!



 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Marta

19 gru

Czytając moją historię, pewnie zastanawiacie się dlaczego piszę, że rozmawiam ze „swoim”  Bogiem Nie wiem czy istnieje Bóg? Ale wiem jedno, jako młoda dziewczyna bardzo chciałam się do NIEGO „zbliżyć” i w niego uwierzyć.

Kiedy mój mąż leżał po pierwszym zawale w szpitalu, przyjęłam w swoim domu księdza proboszcza, który chodził po kolędzie. Przygotowałam się, włożyłam do koperty pieniądze na kościół. Proboszcz zrobił, co do niego należało, poświęcił mieszkanie. Ku mojemu zdziwieniu, zajrzał przy mnie do koperty i wydarł się na mnie -„ co tak mało” -  tumaczyłam, że nie mam więcej, że mąż w szpitalu, że mam troje dzieci w tym dwoje na diecie bezglutenowej itd. A on na to podniesionym głosem odpowiedział z wielkim wyrzutem w głosie – „ na kościół trzeba zbierać przez cały rok”. Zamknęłam za nim drzwi, rozpłakałam się i przyrzekłam sobie, że już nigdy żaden ksiądz nie przekroczy progu mojego domu. Słowa dotrzymuję do dziś. Mam „swojego” Boga, w którego wierzę.

Mąż przebywał w szpitalu ok. miesiąca, jego stan był poważny. Codziennie byłam w szpitalu z obiadem dla niego, ponieważ w ówczesnych czasach jedzenie szpitalne  było niejadalne. W tym czasie pomagali mi moi sąsiedzi. Po wyjściu ze szpitala, mąż otrzymał na rok rentę inwalidzką I grupy. Byłam przerażona, bałam się żeby nie umarł, więc wszystkie obowiązki przejęłam na siebie. Dzielnie radziłam sobie z trójką dzieci, nie ukrywam, że nie było mi łatwo. Po urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy, a mąż parę godzin dziennie zajmował się Agnieszką. Nie muszę chyba zaznaczać, że drżałam ze strachu, zostawiając córkę z chorym tatą. Nie miałam jednak wyjścia. Chłopcami zajmowałam się sama. Uczyłam ich wszystkiego. Jazdy na rowerze, na deskorolce, na łyżwach, grałam z nimi w piłkę. Powoli wdrażałam ich do pomocy w domu. Kubuś lubił pomagać mi w kuchni, a Piotruś uczył się robić podstawowe zakupy. Dużo z nimi rozmawiałam na wszystkie tematy. W przeciwieństwie do męża, odpowiadałam im bez żadnego skrępowania i zażenowania na wszystkie pytania.

Kiedy Agnieszka miała 8 miesięcy zapisałam ją do żłobka i woziłam do odległej dzielnicy. Nie tolerowała glutenu, dlatego też chodziła do żłobka dla dzieci na diecie bezglutenowej. Miała również silną alergię na wiele alergenów, a szczególnie na kurz i roztocze. W domu musiałam utrzymywać niemal sterylną czystość. Żyłam jak w kieracie. Praca, dom, sprzątanie, pranie, prasowanie, gotowanie (nawet chleb bezglutenowy sama piekłam), odrabianie lekcji z chłopcami 2-3 godziny dziennie. Wstawałam o 6.00, kładłam się ok. 1.00 w nocy i tak w kółko. Miałam 29 lat i byłam bardzo zmęczona. I tak mijały dni… tygodnie…miesiące…

Wieczorami tuląc się do poduszki, płakałam jak dziecko i prosiłam „swojego” Boga, abym to wszystko wytrzymała fizycznie i psychicznie.

W tym czasie poznałam w pracy Martę. Wspominam o niej, ponieważ do dziś jest dla mnie bardzo WAŻNA. Odegrała w moim życiu znaczącą rolę. Nie wiem jak ona mnie odbierała, ale wiem, że w chwilach trudnych zawsze była przy mnie. Rozmawiałam z nią bardzo szczerze, a ona nie starała się nigdy dawać mi rad, choć nie ukrywam, że czasem tego od niej oczekiwałam. Cieszyłam się, że JĄ mam!!! Byłyśmy nierozłączne.

P.S. Z Martą przyjaźnię się do dziś.  Myślę, że gdyby nie Marta, nie wiedziałabym, co to jest PRZYJAŹŃ.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Agnieszka

17 gru

Nasze życie było poukładane. Chłopcy chodzili do przedszkola, my pracowaliśmy, mieliśmy ładne wygodne mieszkanie. Kochaliśmy się. Wydawało mi się, że to koniec złej passy. Wiedziałam, że nie będzie łatwo, ani prosto i liczyłam się z tym, że chłopcy wymagają specjalnej troski, opieki i zainteresowania. Ale zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, że będzie aż tak trudno. A przede wszystkim, nie myślałam, że spotka mnie tyle przykrości i niezrozumienia ze strony przedszkola, szkoły i środowiska. Ludzie w żaden sposób nie potrafili zrozumieć, że te dzieci nie miały łatwego dzieciństwa. Próbowałam wyjaśniać, co przeżyli i że to jak się zachowują i postępują to nie ich winna. Wyjaśniałam, że trzeba czasu na to, aby przystosowali się do nowej sytuacji. Kiedy Piotruś poszedł do pierwszej klasy, przynajmniej raz w tygodniu byłam wzywana do szkoły. Był nadpobudliwy i rozkładał lekcje nauczycielce. Nie dawała sobie z nim rady. Ze łzami w oczach błagała, żebym przeniosła go do innej szkoły, bo ona będzie musiała zmienić pracę. Było mi jej żal i przeniosłam syna. Pomyślałam jednak, że to nic nie da, bo kłopoty się nie skończą. Postanowiłam zmienić pracę i zatrudnić się w szkole, do której chodził Piotruś, a później dołączył też Kubuś. To był dobry pomysł. Byłam na miejscu i mogłam w każdej chwili zareagować na ich rozrabianie i pomysły. A tych mieli sporo. Było ciężko, w domu nawet na chwilę nie mogłam spuścić ich z oczu.

Nie zaznaczyłam, że pani pedagog proponowała, żeby chłopców umieścić w szkole specjalnej. Nie zgodziłam się. Wiedziałam, że Piotruś jest zdolny i da sobie radę. Kubuś był mniej zdolny i miał większe problemy w nauce. Poświęcałam im bardzo dużo czasu, wiedziałam, że z moją pomocą ukończą szkołę „normalną”. Wierzyłam, że uda mi się wychować ich na uczciwych i przyzwoitych ludzi. Wierzyłam, że nie ma rzeczy niemożliwych i wszystko zależy od wychowania, a nie od genów. Byłam młoda i pełna wiary. Jak bardzo się myliłam… Już w wieku 6 – 7 lat zaczęli kraść. Zaznaczam, że nie brakowało im niczego. Byli zawsze ładnie ubrani, w domu nie brakowało jedzenia, słodyczy, zabawek itd. Otrzymywali również kieszonkowe. Wówczas nie byłam w stanie zrozumieć, dlaczego wobec tego kradli? (do tego wątku jeszcze wrócę). Poświęcałam im każdą wolną chwilę, zawsze byłam z nimi i przy nich. Odmawiałam sobie wszystkiego. Niestety takie były czasy, większość produktów było reglamentowanych – na kartki. Moja mama nawet miała do mnie pretensje, że sama nie zjem, tylko wszystko, jest dla dzieci. „Po co się tak poświęcasz, przecież to nie Twoje dzieci” - wykrzykiwała. Nie rozumiała, że to byli MOI SYNOWIE i chciałam dla nich jak najlepiej.

Kiedy Piotruś miał 9 lat, a Kubuś niecałe 8, urodziła się nasza córka Agnieszka. Chłopcy bardzo się cieszyli, że mają siostrzyczkę. Dopiero wówczas zaczęli zadawać pytania typu „ a mnie też nosiłaś w brzuszku?” „ A o mnie też tak dbałaś?” Zaskoczył mnie Piotruś, bo wcześniej nigdy nic nie mówił na ten temat. Pewnego razu, jak przewijałam i myłam córkę – powiedział, „o mnie tak nie dbałaś jak o nią, ja leżałem zawsze w gównach”. Moje zaskoczenie było ogromne. Nigdy nie ukrywaliśmy przed nimi, że są przez nas adoptowani, że są przez nas WYBRANI. Wytłumaczyłam Piotrusiowi, że to nie byłam ja, że to inna pani go urodziła, ale ja i tatuś, bardzo Was kochamy. Przytulił się do mnie i powiedział tylko „a ja myślałem, że to TY”.

Od początku mówiliśmy chłopcom prawdę, jeśli tylko zadali pytanie na ten temat.

Kiedy Agnieszka miała trzy tygodnie, mój mąż zapytał czy może ją samodzielnie wykąpać(wcześniej tylko asystował). Kąpaliśmy małą w kuchni. Wszystko przygotowałam, a mąż rozpoczął przy mnie kąpiel. Musiałam na chwilkę wyjść z kuchni, bo zapomniałam zasypki. Kiedy wróciłam, mój mąż zapytał mnie, dlaczego ona tak pręży i prostuje nóżki? Ja patrzę, a moje dziecko jest już sine. Mąż mył plecki, a jej główka była w wodzie. Złapałam córcię za nóżki do góry i zaczęłam ratować. Nerwowo wytrząsałam z niej wodę klepiąc po pleckach i potrząsając nią. Złapała oddech. Położyłam ją na stół i wpuszczałam jej powietrze ustami. Do dziś nie wiem czy robiłam dobrze, ale uratowałam JĄ. NIE STRACIŁAM ZIMNEJ KRWI. NIE PODDAŁAM SIĘ!!! Mój mąż stał jak wryty w ziemię i przeraźliwie krzyczał „RATUNKU”. Wezwałam lekarza, który stwierdził, że z dzieckiem wszystko jest w porządku. Mąż całą noc spędził przy łóżeczku Agnieszki trzymając ją za rączkę. Nie mógł uwierzyć, że nic jej nie jest.

Tego wieczoru długo rozmawiałam ze „swoim” Bogiem. Płakałam i dziękowałam MU, że mnie NIE OPUŚCIŁ. Dziękowałam MU, że dał mi SIŁĘ.  TEJ siły nie dał mojemu mężowi, na drugi dzień, dostał rozległego zawału serca. Miał wówczas 34 lata.

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kubuś

04 gru

Latem, wybraliśmy się z Piotrusiem na wczasy nad morze. Postanowiliśmy przy okazji odwiedzić panią sędzię, która powierzyła nam Piotrusia. Nie mogła uwierzyć, że to ten sam chłopczyk (widziała go osobiście, jak odbierała rodzicom prawa rodzicielskie). Wówczas dowiedzieliśmy się, że Piotruś ma młodszego o braciszka, a w Sądzie toczy się sprawa o pozbawienie rodziców władzy nad Kubusiem. Pani Sędzia poinformowała nas również, że mamy pierwszeństwo w jego adopcji. Początkowo uważaliśmy z mężem, że nie damy rady wychować drugiego chłopca. Jednak myśl, że bracia nie będą razem nie dawała mi spokoju. Choć zdawałam sobie sprawę, że nie mamy ani warunków mieszkaniowych, ani finansowych zdecydowałam, że weźmiemy również brata Piotrusia (ciągle pamiętałam o tym,  jaką krzywdę wyrządzono mnie i Amelce, rozdzielając nas). Po czterech miesiącach od wizyty w Sądzie, zadzwoniła do nas pani sędzia i powiedziała, że Kubuś ma już uregulowaną sytuację prawną i jeśli się zdecydowaliśmy, możemy po niego przyjechać do Domu Małego Dziecka. I tak nasza rodzina powiększyła się o kolejnego chłopca. Kubuś nie był aż tak zaniedbanym dzieckiem jak Piotruś, ale miał większe problemy psychiczne. W przeciwieństwie do Piotrusia był bardzo zamknięty w sobie. Obaj chłopcy bardzo szybko przywiązali się do nas, miałam coraz więcej pracy, ale byłam szczęśliwa i znów komuś potrzebna. Wkrótce poszli do przedszkola, a ja podjęłam pracę zawodową w niepełnym wymiarze. I tak mijały dni… tygodnie… miesiące… Zaczęła się moja walka o poprawę warunków  mieszkaniowych dla naszej rodziny. Wydeptałam wszystkie możliwe ścieżki, aby otrzymać mieszkanie spółdzielcze (mieliśmy książeczkę mieszkaniową z całkowitym wkładem budowlanym).

Do NASZEGO TRZYPOKOJOWEGO MIESZKANIA, wprowadziliśmy się w przeddzień stanu wojennego. TO BYŁ SZCZĘŚLIWY DZIEŃ. Wcześniej zgromadziliśmy wszystkie meble i potrzebne sprzęty. Ileż to było dni i nocy spędzonych przeze mnie w kolejkach, żeby cokolwiek kupić, ale udało się. Pamiętam do dziś nazwę kompletu mebli do pokoju chłopców – BOLEK 2 ( biało -czerwono – sosnowy). Dla siebie kupiliśmy meble używane. Mieliśmy 12 dni do pierwszej Wigilii w naszym nowym mieszkaniu. Nie wiem jak to zrobiliśmy, ale zdążyliśmy ze wszystkim, a w oknach wisiały nawet firanki i zasłony.

W tym samym roku, czwórka mojego rodzeństwa – Mateusz, Jarek, Aleksander i Amelka, stwierdzili, że nie chcą żyć w Polsce i wyruszyli w poszukiwaniu lepszego życia. Początkowo wraz ze swoimi rodzinami przebywali w Austrii, a następnie wszyscy wyjechali do Australii. Bardzo przeżyłam rozstanie z nimi, przede wszystkim z Amelką. Miałam nawet do niej żal, że wyjechała. Ale ona miała już swoją rodzinę (męża i synka) i to była ich wspólna decyzja. Pamiętam, że każde z nich wyjeżdżało w innym terminie, a ja bardzo to przeżywałam. W Polsce zostałam tylko ja i Eliza, z którą nigdy nie miałam bliskiego kontaktu (była zupełnie inna niż ja, Amelka, Aleksander czy Jarek), dlatego też poczułam się trochę tak, jakbym straciła rodzinę.

Warto również wspomnieć o tym, że moja mama NIGDY NIE ZAAKCEPTOWAŁA Piotrusia i Kubusia. W stanie wojennym niczego nie można było kupić w sklepach, wiedziałam, że dzieciom Elizy mama przysyłała słodycze ubrania i buty. Miała wiele możliwości załatwienia praktycznie wszystko. Poprosiłam ją, czy nie mogłaby załatwić butów dla chłopców. Usłyszałam „TYS..KO, CO TY SOBIE MYŚLISZ, ŻE JA BĘDĘ ZAŁATWIAŁA CUDZYM BĘKARTOM”. Wydawało mi się, że matka powinna być dumna ze mnie?! Wydawało mi się, że zasługuję na szacunek, a nie na wyzwiska?!

Wieczorami tuląc się do poduszki cichutko płakałam, nie mogłam pogodzić się, że mama powiedziała mi coś takiego? Bolało mnie to tak bardzo, że musiało upłynąć dwa lata zanim ponownie odezwałam się do mamy.

P.S. Po 14-16 latach pobytu w Australii, Aleksander, Mateusz i Jarek wrócili do Polski. Amelka nie wróciła, jej mąż w wieku 38 lat zmarł w Australii, na raka mózgu.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Piotruś

27 lis

Parę tygodni po ślubie otrzymaliśmy pismo z Urzędu Dzielnicowego, że zostaliśmy umieszczeni na liście osób oczekujących na mieszkanie zastępcze. Po sześciu miesiącach wskazano nam pierwszy lokal do obejrzenia. Nie patrzyliśmy na nic, nie wybrzydzaliśmy. Od razu przyjęliśmy pierwszą propozycję. Mieszkanie u teściów,w pokoiku 8 m2 (w amfiladzie) nie było łatwe, więc naszej radości nie da się opisać. Mieszkanko miało 27 m2, (bez łazienki i ze wspólną toaletą z sąsiadami), ale było NASZE. Aby jakoś urządzić się wzięliśmy kredyt. Byliśmy naprawdę szczęśliwi. Wkrótce zachorowałam i zostałam skierowana na rentę inwalidzką. Czułam się fatalnie, przede wszystkim psychicznie. Byłam młodą kobietą niezdolną do pracy. To był dla mnie szok, załamałam się. Nie byłam wstanie pogodzić się z faktem, że nie pracuję. Snułam się po naszym małym mieszkanku i nie chciało mi się nawet ubrać. Mąż miał do mnie dużo cierpliwości. I tak mijały dni… tygodnie… miesiące… Pewnego dnia przeczytałam w „Przyjaciółce” artykuł o chorym chłopcu na celiakię, którego nikt nie chce. Chłopiec został odebrany rodzicom i umieszczony w szpitalu. Zapytałam męża, czynie moglibyśmy mu pomóc. Oczywiście, że możemy” – odpowiedział. Zadzwoniłam do redakcji, powiedziano mi gdzie przebywa chłopiec (500 km od naszej miejscowości). Pani redaktor obiecała, że wszystko załatwi telefonicznie. Umówiła nas na drugi dzień z panią sędzią, która zajmowała się sprawą chłopca. Uprzedziła również personel szpitala, o naszym przyjeździe. Kupiliśmy zabawkę dla chłopca i pojechaliśmy. Piotruś miał 4 lata i 3 miesiące, a wyglądał jak dwulatek. Nie chodził, nie miał włosów, miał duży brzuszek, krzywicę. Potrafił niewyraźnie powiedzieć tylko kilka słów. Wyciągnął do nas rączki i powiedział, to MAMA. Bardzo „mądre” pielęgniarki uprzedziły go, że przyjedzie po niego mama i tata. Kiedy wyszliśmy ze szpitala mój mąż zapytał mnie, co robimy? Odpowiedziałam, że to jest bardzo poważna decyzja, ale w tej sytuacji, sumienie mnie zagryzie, jeśli po niego nie wrócimy. Pojechaliśmy do Sądu, pani sędzia, (osoba starsza), zapytała mnie tylko a ile Ty masz lat dziecko? Jesteś pełnoletnia? -odpowiedziałam mam 23 lata. Wówczas usłyszeliśmy, proszę poczekać na korytarzu pół godziny, po czym wyszła, wręczyła nam jakieś papiery i powiedziała „możecie jechać po Piotrusia, jest WASZ”. Nasze zdziwienie było ogromne, bo tego zupełnie się nie spodziewaliśmy i nie byliśmy na to przygotowani. Z Sądu wyszliśmy oszołomieni. Chwila na zastanowienie. Co robić?  Decyzja – jedziemy po dziecko. Po drodze kupiliśmy ubranka i buciki, bo nie mieliśmy, w co ubrać chłopca na podróż. I tak do domu wróciliśmy z nowym członkiem rodziny – Piotrusiem. Piotruś praktycznie, nie jadł sam, nie wiedział, do czego służy łyżka czy widelec. Chodził jeszcze z pieluszką i jeździł w wózku. Bał się wszystkiego. Jak chciał załatwić swoją potrzebę chował się gdzieś w kąciku, wstrzymywał  i trząsł się ze strachu. To była ciężka praca. Nie miałam żadnego doświadczenia w wychowywaniu dziecka z takimi problemami zdrowotnymi i psychicznymi. Chodziłam z Piotrusiem od lekarza do lekarza, aby mu pomóc. Od pani doktor – pediatry z rejonu, zamiast pomocy, usłyszałam – „co pani zrobiła, wzięła pani „debilka” na wychowanie”. Taką „opinię” usłyszałam również od pani psycholog. Wychodziłam z płaczem i powtarzałam sobie „WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE, BO JA TEGO BARDZO CHCĘ”. Zaczęłam sama pracować z Piotrusiem. Powoli wszystkiego go uczyłam, nagradzając go za wszystko, co powtórzył czy zrobił. Robiłam to intuicyjnie i tak jak potrafiłam. Uczyłam go podstawowych czynności i zachowań. Najtrudniejsze było nauczenie go załatwiania się na nocniczek. Bardzo się tego bał. Mogliśmy wówczas tylko przypuszczać, że był bity przez swoich rodziców. Załatwiliśmy Piotrusiowi również wizytę w Instytucie Matki i Dziecka, ze względu na chorobę trzewną – celiakię. Jeśli czegoś nie byłam pewna, korzystałam z pomocy psychologa dziecięcego przy TPD. Chłopiec rozwijał się imponująco. Poświęcałam mu całe dnie. Miałam 23 lata i ważyłam 43 kg.  Po roku pobytu u nas, właściwie poza wzrostem, Piotruś niczym nie różnił się od swoich rówieśników. Zdecydowaliśmy, że powinien mieć kontakt z innymi dziećmi i zapisaliśmy go do przedszkola. Miał już 5,5 roku.

P.S. Pani sędzia nic nam nie powiedziała o rodzinie i przeżyciach Piotrusia. Wiedzieliśmy jedynie to, że rodzice sami zrzekli się praw rodzicielskich do dziecka.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pan S

25 lis

Kiedy wróciłam po chorobie do pracy, kierownik zaproponował, że może mi załatwić dodatkową pracę w świetlicy – Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Chętnie przystałam na tą propozycję. Okazało się, że odstąpił mi część godzin w świetlicy, którą prowadził. Trzy razy w tygodniu pracowałam z dziećmi z kłopotami w rodzinie z tzw. marginesu społecznego (bardzo nie lubię tego określenia). Byli to przeważnie chłopcy w wieku 8-13 lat. Nie była to łatwa praca, ale dawała mi wiele satysfakcji. Początki były trudne, szybko jednak chłopcy zaczęli mi ufać. Prowadziliśmy nawet (z dużym powodzeniem), teatrzyk kukiełkowy. Dzieciaki były fantastyczne i naprawdę zdolne. Razem z kierownikiem staraliśmy się, aby w świetlicy czuły się bezpiecznie. Walczyliśmy dla nich o wszystko. O pieniądze na zakup odzieży, o jedzenie, o książki  i przybory do szkoły. Zaczęłam poświęcać im każdą wolną chwilę, a urlop wykorzystywałam na prowadzenie akcji „Zima w mieście”. Dostałam nawet nagrodę, za najlepiej prowadzoną świetlicę. Miałam wówczas niespełna 19 lat i rozumiałam te dzieciaki. Zaczęłam „stawać” na nogi. Było ciężko, z jednej pracy biegłam do drugiej, ale już nie chodziłam głodna.

Pan S (mój kierownik), człowiek miły sympatyczny, z dużym poczuciem humoru. Niezwykle przyjazny i wyrozumiały. Był osobą bardzo skrytą, nigdy nie narzekał i zawsze był uśmiechnięty. Ale w jego oczach widziałam jakiś smutek…Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się, że ma 24 lata, a ja określałam jego wiek, na co najmniej czterdziestkę. Może, dlatego, że był otyły? Powoli zaczęliśmy przed sobą się otwierać i dużo ze sobą rozmawiać. Okazało się, że mamy wiele wspólnego, oboje byliśmy wyjątkowo wrażliwi na krzywdę dziecka. I tak zaczęła się nasza przyjaźń. Szczera i niezakłamana. Nareszcie miałam kogoś, kto mnie rozumiał i komu mogłam się zwierzyć. Pan S dużo opowiadał mi o swojej bliskich. Pochodził z bardzo biednej wielodzietnej rodziny. Był człowiekiem wcale nie mniej zakompleksionym ode mnie. Wstydził się, pokazywać ze mną na ulicy, bo, pomimo, że między nami było tylko 6 lat różnicy, to rzeczywiście wyglądaliśmy jak ojciec z córką. Tłumaczyłam mu, że ja się nie wstydzę i że dla mnie nie ma to najmniejszego znaczenia. I tak mijały dni… tygodnie… miesiące…

Dzięki S, zaczęłam wierzyć, że życie ma sens. Nasza przyjaźń przerodziła się w silniejsze uczucie, a każda chwila bez niego była tęsknotą. Nie mieliśmy dosłownie nic, ale mieliśmy siebie. Ślub był bardzo skromny, nasza przyjaciółka urządziła nam niewielkie przyjęcie dla najbliższych nam osób.

I tak rozpoczął się nowy rozdział w moim życiu, czyli MAŁŻEŃSTWO. Miałam 21 lat. Wieczorami tuląc się do poduszki rozmawiałam ze „swoim” Bogiem, dziękowałam mu, że poznałam tak wspaniałego człowieka, jakim był S – mój mąż.

A co u mojej rodziny? Eliza wyszła za mąż i urodziła córeczkę. Jarek i Aleksander kochali konie i dostali się do Rodeo Konnego. Mateusz kochał taniec i pomimo, że nie był po szkole baletowej dostał się do Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk. Amelka nadal mieszkała sama i jeszcze się uczyła. Z mamą rzadko się widywałam, a z ojcem nie utrzymywałam żadnych kontaktów.


P.S. Moja mama nie przyjechała na nasz ślub… zabolało bardzo… ojca nie zaprosiłam.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Inwalida

20 lis

Wróciłam do pracy, mieszkałam w wynajętym pokoiku, odwiedzałam Amelkę ( dzieliła nas odległość ponad 400 km) i jakoś to moje życie się toczyło. Miałam przyjaciół, poznałam chłopaka. Po paru miesiącach były zaręczyny i data ślubu. Pracowaliśmy w jednym przedsiębiorstwie. On był mechanikiem, a ja pracowałam w biurze. Pewnego dnia wyjechaliśmy z zakładu pracy na wycieczkę do Kazimierza. Na tą samą wycieczkę wybrała się również pracująca z nami, o 19 lat starsza siostra mojego narzeczonego. W drodze powrotnej zasłabłam w autokarze. Często nie dojadałam i byłam po prostu głodna. Po wycieczce mój narzeczony zapytał mnie czy zgodzę się na przełożenie ślubu. Ślub miał być za dwa tygodnie, wszystko było już przygotowane i załatwione, zapięte na ostatni guzik. Zapytałam, dlaczego? Wyjaśnił mi, że jego najstarszy brat i siostra tego od niego wymagają, proszą również, abym poszła na badania, czy nie jestem chora na epilepsję.  Zapytałam wówczas, a Ty, co na to? Odpowiedział, że mnie kocha i jest mu to obojętne, ale jego rodzina go nie będzie chciała znać, jeśli tego nie zrobimy. Tak postąpili z jego parę lat starszym od niego bratem, ponieważ ożenił się z dziewczyną, której oni nie zaakceptowali. Odpowiedziałam – oczywiście nie ma problemu. Zrobiłam badania lekarskie, ale już wtedy wiedziałam, że ślubu nie będzie. Mój narzeczony, zarezerwował następny najbliższy termin, ale wytłumaczyłam mu, że nie chcę żyć pod dyktando i nakazy jego rodziny. CHCĘ ŻYĆ WŁASNYM ŻYCIEM. Rozstaliśmy się, bez żadnej urazy do siebie. Nie pokazałam mu nigdy jak bardzo mnie to dotknęło. Widać nie kochaliśmy się dostatecznie mocno, aby być razem. A ja zrozumiałam, że chciałam wyjść za mąż chyba, dlatego, żeby nie być sama.

I tak mijały dni… tygodnie… W pracy przenieśli mnie do innego działu, dostałam niewielką podwyższę. Moja pensja jednak nie była na tyle wysoka, żeby zapłacić za wynajęty pokój, uczyć się, ubrać, wyżywić i jeszcze odwiedzić Amelkę. Gdyby nie jeden tzw. posiłek regeneracyjny (zupa) w pracy, pewnie byłoby mi jeszcze trudniej. Pewnego dnia jechałam gdzieś pociągiem podmiejskim i do pociągu „wjechał” na desce na kółkach inwalida bez nóg. Siedziałam na końcu przedziału i z daleka widziałam jak prosił o pieniądze, ale nikt nie reagował. Miałam w portfelu 5 zł, a w moim przypadku, aby przeżyć wystarczało mi to na dwa dni. Zrobiło mi się go żal i pomyślałam sobie, że jeśli nikt nie zlituje się nad nim oddam mu te swoje 5 zł. Pensję miałam otrzymać za dwa dni, ale przecież miałam zupę w pracy i jakoś sobie poradzę. Oddałam biedakowi wszystko, co miałam, czyli 5 zł. Widziałam zdziwienie, a jednocześnie wdzięczność w jego oczach. Pech chciał, że na drugi dzień zachorowałam, miałam bardzo wysoką temperaturę i nie poszłam do pracy. Nie miałam możliwości, ani pójść do lekarza, ani zawiadomić zakład pracy. I tak przeleżałam w łóżku 5 dni, a w domu miałam tylko kisiel. Byłam na tyle słaba, że nie miałam siły wstać z łóżka. Pokój wynajmowałam w jednorodzinnym domku, a moi gospodarze nie byli miłymi ludźmi i właściwie ich nie widywałam. Nie wiem, czy oni wiedzieli, że ja nie wychodzę od 5 dni do pracy?  Nagle w drzwiach mojego pokoju stanął mój kierownik. Moje zdziwienie było ogromne. Zawstydziłam się, a on na to „niech pani nie wstaje”. Zobaczył puste opakowania po kisielu. Poszedł ponad 2 kilometry do sklepu, na mojej elektrycznej maszynce ugotował jakąś zupę i nakarmił mnie jak dziecko. Zapytałam skąd wiedział gdzie mieszkam? „Od pani byłego narzeczonego” – odpowiedział. Byłam mu bardzo wdzięczna i zaskoczona, pracowaliśmy razem zaledwie cztery miesiące.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Szpital

17 lis

 

Pracowałam i uczyłam się zaocznie. Z trudem, ale radziłam sobie. Muszę jednak wrócić do dnia, w którym ojciec kazał mi po operacji kopać działkę. Czułam wówczas, że coś mi „trzasnęło” w kręgosłupie i od tej pory odczuwałam lekki ból w tej okolicy. Niestety bóle z czasem były coraz silniejsze i zaczęły promieniować do nóg. Dostałam skierowanie na prześwietlenie, które wykazało, że jedna ze sprężyn jest pęknięta i powoduje ucisk na nerw. Lekarze zdecydowali, że muszę przejść operację wyjęcia sprężyn (normalnie sprężyn się nie wyjmuje, zarastają i pozostają na zawsze). Podczas operacji coś poszło nie tak, bo straciłam całkowicie czucie w nogach. Lekarze początkowo dawali nadzieję, ale po miesiącu takiego stanu, powoli przygotowywali mnie do myśli, że nie będę chodziła. Nie uwierzyłam im, bo owszem nie miałam czucia, ale po jakimś czasie moje nogi nie były „wiotkie”,  lecz jak dwa kołki. Potem nawet wydawało mi się, że czuję jakieś mrowienie. Takie miałam wrażenie. Mówiłam o moich odczuciach, ale lekarze tylko kiwali głowami. Na oddziale  na którym leżałam NIKT NIE CHODZIŁ. Byli to przeważnie młodzi ludzie, po skoku do wody na głowę, którzy nie mieli czucia w nogach (paraplegia), a często i w rękach (kwadriplegia). Pomyślałam sobie, że ja nie mogę  nie chodzić, bo przecież kto się mną zajmie?  Jeździłam na wózku inwalidzkim, rozpaczałam, ale wciąż sobie powtarzałam „WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE, BO JA TEGO BARDZO CHCĘ”. Przychodziła do mnie terapeutka i ćwiczyła mi nogi. Na imię miała Danuta i była niewiele starsza ode mnie. Zaprzyjaźniłyśmy się i na moje ciągłe prośby i przekonywania, że ja będę chodziła, zaczęła mi pomagać. Chyba mi uwierzyła. Poświęcała mi swój czas i coraz więcej ćwiczyłyśmy. Na siłę próbowałam stanąć na nogi, ona mnie łapała i sadzała na wózek. I tak do utraty sił. Nie pamiętam po jakim czasie ciężkich ćwiczeń, wyraźnie czułam mrowienie w nogach. Pewnego dnia, Danusia „postawiła” mnie przy tzw. balkoniku i na zupełnie jeszcze sztywnych nogach zrobiłam pierwsze bardzo nieporadne kroczki. Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Wyszłam przy balkoniku z sali na korytarz i zaczęłam krzyczeć „ZOBACZCIE JA CHODZĘ”. Zbiegli się lekarze i pielęgniarki i zaczęli bić brawa. To było niesamowite przeżycie.

W szpitalu ( STOCER) przebywałam ok. 8 miesięcy. Napatrzyłam się na nieszczęścia młodych ludzi i rozpacz ich rodziców. Chodziłam po salach chorych i starałam się pomagać innym. Ktoś poprosił o wodę, ktoś chciał, abym potrzymała go za rękę, ktoś inny, aby poczytać mu książkę lub po prostu porozmawiać. Widziałam na twarzach uśmiech i nadzieję. Czy wiecie jak strasznie się czułam, że ja chodzę a ONI NIE? Opuściłam szpital na własnych nogach, pozostał jedynie lekki niedowład lewej stopy, który z czasem stał się niewidoczny. Wieczorami kładąc się do łóżka dziękowałam „swojemu” Bogu, że nie zostałam kaleką. Bardzo długo śnił mi się szpital i nieszczęścia, które tam widziałam.


P.S. Przez cały pobyt w szpitalu nikt z rodziny mnie nie odwiedził, choć napisałam list do mamy. Przetrwałam dzięki wspaniałym lekarzom, pielęgniarkom, Danusi i wielu ludziom, którzy wówczas odwiedzali swoich bliskich. Postanowiłam, że już NIGDY SIĘ NIE PODDAM  i  NIKT I NIC MNIE NIE POKONA. 


 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dworzec

15 lis

I tak, zaczęło się moje dorosłe życie. Nie miałam NIC, nie miałam gdzie mieszkać, nie miałam pieniędzy, nie miałam nikogo bliskiego. Siedziałam na ławce i zastanawiałam się, co ze sobą zrobić?  Nie miałam gdzie pójść i jedyne, co mi przychodziło do głowy to dworzec.

Tam będzie przynajmniej trochę cieplej, pomyślałam. Chodziłam po dworcu bez celu, weszłam do baru na herbatę, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Byłam zmęczona, a ponieważ miałam jeszcze ważny bilet miesięczny, więc weszłam do poczekalni. Gdyby ktoś pytał powiedziałabym, że uciekł mi pociąg. Zasnęłam na ławce. Na drugi dzień, pojechałam do koleżanki, aby się wykąpać. Jej mama zaproponowała mi, że mogę u nich na jakiś czas zostać. Niestety, ojciec dowiedział się i zastraszył mamę koleżanki, musiałam wrócić na dworzec. Postanowiłam, że zwrócę się o pomoc do szkoły.  Nie myliłam się, pani dyrektor wysłuchała mnie i obiecała, że załatwi mi pracę. Otrzymałam również ze szkoły pomoc finansową. Podjęłam pracę, ale nadal nie miałam gdzie mieszkać. Wstydziłam się przyznać, że mieszkam na dworcu. Pracowałam, kąpałam się u koleżanek, a wieczorem wracałam na dworzec. Spałam tylko w godzinach, w których nie kursowały pociągi podmiejskie, jak ktoś zapytał, co robię o tej porze na dworcu, mówiłam, że uciekł mi ostatni pociąg. Uciekałam przed milicją, żeby mnie nie wylegitymowali. Nie mówiąc już o tym, że zaczepiali mnie różni ludzie, z którymi nie chciałam mieć nic wspólnego. Po dwóch miesiącach nocowania na dworcu, byłam już tak zmęczona, że w pracy zasnęłam przy biurku. Musiałam powiedzieć prawdę. Ktoś zlitował się i załatwił mi za niewielką opłatą możliwość zamieszkania ze starszą panią. Zaczęło mi się jakoś układać, ale wciąż byłam zagubiona i bardzo samotna.

Mijały dni, tygodnie, miesiące… Tęskniłam za Amelką i nie potrafiłam żyć w samotności.  Pewnego dnia, postanowiłam, że pojadę do mamy i przekonam ją, żeby pozwoliła mi zamieszkać z Amelką. Byłam tak pewna, że mama tym razem się zgodzi, że złożyłam wymówienie w pracy, spakowałam się i pojechałam. Siostra, bardzo się ucieszyła z mojej decyzji. Mama, pomimo moich zapewnień, że będę pracowała i skończę szkołę, nie zgodziła się, abym została. Myślałam, że serce pęknie mi z żalu. Nie mogłam uwierzyć, że własna matka kolejny raz nie podała mi ręki. Tym bardziej, że nie mieszkałabym u niej, lecz z Amelką. Wtedy coś we mnie pękło. W brutalny sposób dowiedziałam się, że mamę zupełnie nie interesuje mój los. Wróciłam i zaczęłam życie od początku. Już tym razem sama załatwiłam sobie pracę i wynajęłam pokój na obrzeżach miasta, żeby było taniej. Było mi naprawdę ciężko. Ale wciąż sobie powtarzałam „wszystko będzie dobrze, bo ja tego bardzo chcę”. Żal do matki na długo pozostał w moim sercu. Płakałam niemal, co noc i pytałam „swojego” Boga, dlaczego los jest taki niesprawiedliwy? Dlaczego nikt mnie nie kocha? Żyłam  nadzieję, że kiedyś to się zmieni.


P.S. Z Panią B. – dyrektor szkoły, zaprzyjaźniłam się i przez wiele, wiele lat utrzymywałyśmy ze sobą kontakty. Była moim wsparciem i Wielkim Przyjacielem.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Krótka refleksja

14 lis

Zanim przejdę do swojej młodości, krótka przerwa na refleksję.


Gdyby ktoś zapytał mnie, czy były w moim dzieciństwie chwile szczęśliwe?  Odpowiem, owszem, były… Jedna wspaniała Wigilia u babci (mamy mojego ojca) … Miesiąc spędzony z drugą babcią (mama mojej matki)… Dwa tygodnie spędzone z Amelką u cioci… Czas spędzony z Panią Niną…  Z pewnością jeszcze parę chwil mogłabym tu wymienić. Rzecz w tym, że to największe szczęście nie było mi pisane.

Straciłam w życiu coś, czego tak naprawdę nie da się nazwać, bo w słowach MIŁOŚĆ RODZICÓW, zawarte jest WSZYSTKO.

To nieważne, w jakich warunkach mieszkamy. Nieważne, co jemy i  w co się ubieramy. Nieważne czy jesteśmy biedni czy bogaci. Bez względu na status materialny, pragnienia dziecka są podobne. Tylko troska, zainteresowanie i miłość rodziców może  dać dziecku poczucie bezpieczeństwa. Moi rodzice to nie jakaś patologia, margines społeczny czy alkoholicy, dlatego tym bardziej ich postępowanie jest dla mnie niezrozumiałe.

Ojciec skończył prawo, mama szkolę średnią. W swoich środowiskach uchodzili za porządnych ludzi. Zarówno rodzice ojca jak i mamy, a moi dziadkowie, byli naprawdę wspaniałymi ludźmi. Dlatego też, często dręczyło mnie pytanie, dlaczego? Dlaczego oni nam to zrobili?  Nie znajduję dla nich wytłumaczenia i usprawiedliwienia. Nie macie nawet pojęcia jak duży wpływ na dalsze życie mogą mieć bolesne przeżycia z dzieciństwa. Ile czasu musiało upłynąć, aby przestało boleć? Nikt nie wie, jak długo musiałam nad sobą, pracować, aby o tym nie myśleć, bo zapomnieć do dziś mi się nie udało. Miłość matki?  Miłość ojca? Miłość dziecka do rodziców? Co to za uczucia? Nie znam ich, ale wiem jak boli tęsknota za nimi. Rodzice odebrali mi najpiękniejsze z uczuć, a to, OGROMNA STRATA. Pisałam listy do matki, których nigdy nie wysłałam, żyłam nadzieją, że może kiedyś matka mnie zaakceptuje i pokocha. I CHOĆ CZEKAŁAM NA TO BARDZO DŁUGO, nigdy się nie doczekałam.

Już dawno nie płaczę nad „rozlanym mlekiem”, a żal do rodziców z czasem minął. Czy zapomniałam? NIE, pewnych rzeczy się nie zapomina. Dawno wybaczyłam rodzicom, nigdy też nie skrywałam w swoim sercu nienawiści do nich. Mimo wszystko zawsze ich szanowałam, a kiedy potrzebowali pomocy, pomogłam. Prosiłam jednak „swojego” Boga, abym w najmniejszym stopniu nie była do nich podobna. Czy mi się to udało?

JEDNO JEST PEWNE, BARDZO SIĘ STARAŁAM.


P.S. Mama jeszcze żyje, ojciec zmarł kilka lat temu.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

I co dalej?

13 lis


Podobno jak człowiek jest nieprzytomny, to nic nie słyszy. Ja słyszałam,  jak lekarze rozmawiali podczas operacji, słyszałam jak mówili, że jeśli się nie obudzę to zadławię się własną krwią. Słyszałam płacz jakieś kobiety, która krzyczała, że nie chce patrzeć na moją śmierć. Słyszałam różne głosy nad/przy moim łóżku?! Ludzie nie wierzą, że istnieje „tunel” i „światło” ja wierzę. WIDZIAŁAM i BYŁAM TAM… Stamtąd chyba zawróciłam. Może jeszcze miałam coś do zrobienia na tym świecie? Przytomność odzyskałam po trzech dniach, a kilkanaście minut po przebudzeniu, buchnęła ze mnie krew. Miałam wylew wewnętrzny, złamany kręgosłup i szczękę. Byłam w gipsie, a na moich nogach wisiały ciężarki. Przez chwilę zastanawiałam się gdzie ja jestem? Kiedy zdałam sobie sprawę, że żyję zaczęłam płakać. NIE, nie ze szczęścia. Byłam przerażona, że będę musiała wrócić do domu ojca.

Za jakieś dwa, trzy dni przyszedł do mnie na rozmowę milicjant. Pytał, dlaczego to zrobiłam? Nie mogłam mu powiedzieć prawdy, bałam się ojca. Wiedziałam, że przecież będę musiała do niego wrócić. Milicjant zasugerował mi odpowiedź – zapytał „czy słyszałaś jakiś wewnętrzny głos, który kazał Ci skoczyć?” Dla świętego spokoju, żeby już się ode mnie odczepił, bo wszystko mnie bolało, odpowiedziałam – TAK SŁYSZAŁAM. I tak moja sprawa została zamknięta. Na osiedlu i w szkole, ojciec powiedział, że zrobiłam to przez chłopaka. Ale ludzie wiedzieli, że ja nie miałam czasu na chłopców i nikt w tą wersję nie uwierzył. 

W gipsie miałam być bardzo długo, więc ojciec uruchomił swoje znajomości i załatwił mi przeniesienie do Konstancina. Tam zdjęto gips i przeszłam skomplikowaną operację kręgosłupa. Wstawiono mi sprężyny łączące kręgi. Ból był nie do zniesienia. Ale tym sposobem, nikt nie musiał się mną opiekować, a po trzech tygodniach od operacji wróciłam już do domu. Lekarze tłumaczyli ojcu, że to za wcześnie, że jest mi potrzebna rehabilitacja, ale on się uparł i wypisał mnie ze szpitala na własną odpowiedzialność, choć chodzenie sprawiało mi jeszcze ogromną trudność.

Do swojej klasy już nie wróciłam, ojciec bez mojej zgody, przeniósł mnie na Wydział Zaoczny w tej samej szkole. Do szkoły chodziłam, co dwa tygodnie w weekendy. Po wypadku zamknęłam się w sobie jeszcze bardziej.  Myślałam, że ojciec coś zrozumie, ale jego postawa w stosunku do mnie nie zmieniła się. Nadal traktował mnie jak służącą.

Przyszła wiosna, a wraz z nią prace na działce. Lekarze, uprzedzali ojca, że nie wolno mi nic dźwigać i forsować się, ale on nie zwracał na to uwagi.  Już w marcu, jak tylko zrobiło się trochę cieplej, kazał mi przekopać cała działkę. Ziemia miejscami była zamarznięta, a ja kopałam i usuwałam kamienie. Ojciec patrzył i ciągle mnie strofował.  „Nie słyszysz?  Trafiłaś na kamień, więc go wyjmij i wrzuć na taczkę, a jak taczka będzie pełna, wywieź kamienie do lasu” – mówił. Resztkami sił zbliżałam się do końca, w pewnym momencie poczułam straszny ból, jakby mi coś pękło w kręgosłupie. Łzy leciały mi z bólu.  Zapytałam wtedy swojego Boga, „ I co Ty na to Boże?  Dlaczego mi nie pomożesz? Błagam zrób coś, bo ja nie dam rady tak dalej żyć”.  Zaraz po tym, przyszła mi myśl do głowy, że muszę uciec z tego domu. Powiedziałam ojcu, że muszę pójść do toalety i proszę o klucze (wszyscy byli na działce, a działka była w odległości 200 m od domu). Zwykle mówił „wytrzymasz”, lub „idź do lasu”. NIGDY nikt nie dostał od ojca kluczy od mieszkania do ręki. Nie wiem, co mu się stało, ale dał mi klucze i powiedział, „tylko zaraz wracaj”. Byłam bardzo zmęczona, ale pobiegłam tak szybko jak to było możliwe. Spakowałam do szkolnej torby dosłownie parę rzeczy, torbę schowałam pod schody, aby mi nie zabrał. Odniosłam klucze i powiedziałam  „WYJEŻDŻAM DO MAMY”. Jak zwykle, z tym swoim ironicznym uśmieszkiem i stoickim spokojem, powiedział,  „Twoja noga więcej nie przekroczy progu mojego domu, jeśli tam pojedziesz ”.

Pożyczyłam pieniądze od mamy mojej koleżanki na podróż i pojechałam.

Wiedziałam tylko tyle, że babcia zamieniła mieszkanie na miejscowość W, gdzie mieszkała mama, więc Amelka mieszka też w tym samym mieście. Znałam tylko adres do babci i Amelki (mieszkały razem), mama mieszkała z mężem. Kiedy dotarłam na miejsce i zobaczyłam Amelkę rozpłakałam się, mocno tuliłam się do niej.

Niestety babci już nie zdążyłam zobaczyć. Zmarła parę miesięcy wcześniej na zawał serca. Miała 68 lat. Od tamtej pory Amelka mieszkała sama, a mama ją odwiedzała. Nie żyły w zgodzie, ciągle się kłóciły. Amelka tęskniła bardzo za babcią i miała do matki jakieś żale. Po paru dniach sielanki, mama powiedziała, że muszę wracać do ojca, bo „NIE MOŻNA TEMU  S……..wi darować wszystkiego”, nie rozumiałam do końca dlaczego tak postępuje, ale nie miałam wyjścia i wróciłam. Dotarło do mnie, że mama po prostu mnie nie chce. I choć jej tłumaczyłam, że ojciec mnie już nie wpuści do domu, ona się uparła, kupiła mi bilet i wsadziła do pociągu. Całą drogę płakałam, byłam przerażona. Nie wiedziałam, co dalej ze mną będzie?  Pojechałam do ojca, ale przez zamknięte drzwi usłyszałam tylko „TY JUŻ TU NIE MIESZKASZ”.  To był luty, było ciemno i zimno, usiadłam na ławce przed domem i zastanawiałam się, co ze sobą zrobić. Miałam wtedy 17 lat. I tak skończyło się moje dzieciństwo, a zaczęła się walka o przetrwanie.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Skok

11 lis

Kiedy Aleksander wyprowadził się z domu, ja przeniosłam się do jego pokoiku, który miał nie więcej niż 5 m2, mieściło się tam tylko łóżko i małe biurko. Byłam zadowolona, że mam wreszcie swój kąt. Poza tym, w moim życiu nic się nie zmieniło, przybyło mi jedynie obowiązków. Pamiętam jak ojciec kazał mi pomalować farbą olejną jedenaścioro drzwi i sześć dużych okien w domu. Malowałam, potem papierem ściernym szlifowałam i tak po trzy razy wszystkie drzwi i okna. Robiłam to popołudniami w wakacje. Ojciec, co chwilę podchodził, sprawdzał  i ze stoickim spokojem mówił „ No, jeszcze dzisiaj nie zasłużyłaś na kolację, widzę tu jakiś zaciek, popraw to”. Miałam wtedy 13 lub 14 lat. Nie zapomną jak strasznie bolały mnie ręce.

Od ojca nigdy nie dostałam nic w prezencie, czy to na urodziny, czy na imieniny czy pod choinkę. NIC, a jeśli otrzymałam jakiś prezent od cioci, chrzestnego lub babci(odwiedzali nas 1-2 razy w roku). Ojciec chował do swojego biurka i nigdy więcej tego nie widziałam. Były to różne rzeczy, piórnik, długopis, książka, słodycze a nawet ubrania. Dlaczego to robił? Nie wiem, do dziś nie znalazłam wytłumaczenia. Szkołę podstawową ukończyłam z czerwonym paskiem (ojciec nie zakładał innej opcji). W nagrodę pojechałam na kolonię nad morze. Bardzo się cieszyłam, że choć na krótko wyrwę się z tego piekła i trochę odpocznę.

Po wakacjach poszłam do szkoły średniej, którą oczywiście wybrał mi ojciec, ja nie miałam nic do powiedzenia. W ławce siedziałam z tą samą moją najlepszą koleżanką z podstawówki. Zdecydowała się na to samo Technikum, bo mój ojciec powiedział jej rodzicom, że ma tam znajomości i jeśli jej się coś nie powiedzie na egzaminie, to on to załatwi. Totalna bzdura, bo moja koleżanka uczyła się jeszcze lepiej ode mnie, a on chciał mieć wygodę, że jak ja np. zachoruję to nie będę musiała jeździć gdzieś daleko po zeszyty, aby uzupełnić zaległości. Byłam przecież potrzebna w domu. Poza tym, poprzez moją koleżankę chciał mieć większą kontrolę nade mną.

Było coraz gorzej… Ojciec wykorzystywał mnie i znęcał się coraz bardziej. Pamiętam, jak kiedyś zawołał mnie do swojego pokoju. Miał w ręku pistolet, przystawił mi go do skroni i powiedział  „Widzisz, jedno pociągnięcie i po Tobie”. Zamarłam i zesztywniałam, nie byłam w stanie nic powiedzieć, a on na to, „Co się tak boisz, jeszcze nie teraz, ale wiedz, że Twoje życie zależy ode mnie”

I tak toczyło się to moje życie… a koszmary męczyły mnie po nocach. Wstawałam bardzo wcześnie, biegłam na zakupy. Najczęściej już nie zdążyłam zjeść śniadania. Do szkoły dojeżdżałam pociągiem i autobusem. Pani R nigdy mi nie przygotowała jakieś kanapki do szkoły, miałam do niej o to trochę żalu, bo przecież wiedziała, ile mam obowiązków. Notorycznie byłam głodna. Pierwszy posiłek, obiad, jadłam o godz. 16.00. Potem wykonywałam wszystkie swoje obowiązki. Nie zapomnę Pani z „warzywniaka” taki mały drobiazg, a pamiętam i miło wspominam. Otóż, kiedy robiłam u niej zakupy, wiedziała, że potrzebuję zawsze rachunek, (ojciec rozliczał mnie z pieniędzy skrupulatnie, co do 10 groszy) i czasem do rachunku dopisywała 50 gr. do 1 zł. Dzięki temu przez tydzień uzbierałam sobie na loda lub batonika.

Moją jedyną radością był mały braciszek, którego pokochałam. Pani R była coraz gorsza, zdarzało jej się uderzyć mnie w twarz za to, że źle uprasowałam spodnie ojca lub niedokładnie umyłam butelkę po mleku. Wybaczałam jej to, bo rozumiałam ją. Ona też przechodziła piekło przez ojca i nerwy zaczęły jej puszczać. Wiedziałam, że nienawidzi ojca, dlatego pewnie nie lubiła i mnie. Było mi coraz trudniej znosić te wszystkie upokorzenia. Byłam zmęczona i czułam, że się wypalam. Do lekcji siadałam o 21-22.00, a od rana ten sam kierat. Byłam coraz słabsza, ale nikt tego nie zauważył. W szkole nie mogłam nic powiedzieć, bo przecież nikt by mi nie uwierzył. Uczyłam się całkiem nieźle jak na takie warunki. Chciało mi się krzyczeć.. RATUNKU…  NIECH MI KTOŚ POMOŻE!!!  Nikt nie zauważył, co się ze mną dzieje. Tylko moja koleżanka, czasem dzieliła się ze mną swoją kanapką. Było mi wstyd, więc najczęściej dziękowałam. Często burczało mi w brzuchu tak głośno, że koleżanki, nie znając mojej sytuacji robiły sobie żarty.

Pewnego dnia, na klasówce z matematyki, to był październik, panowała absolutna cisza. A mnie z głodu zaczęło przeraźliwie burczeć, cała klasa oglądała się na mnie. Ściskałam mocno brzuch, ale nie pomagało. Pewnie zrobiłam się czerwona jak burak ze wstydu. Nagle w jakimś  amoku, wybiegłam z klasy, nauczycielka chyba coś za mną wołała, ale ja nie słyszałam. Pobiegłam na ostatnie piętro i wyskoczyłam przez okno. Nastała ciemność… nic nie widziałam, ale jakby przez sen słyszałam płacz mojej wychowawczyni, która powtarzała… „dlaczego xxxxx to zrobiłaś? Dlaczego mi nie powiedziałaś? Miałam wtedy 16 lat i byłam bardzo samotna…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pani R

10 lis

Moje życie zmieniało się jak w kalejdoskopie. Od 5 roku życia byłam przerzucana z miejsca na miejsce (nie wspomniałam o Domu Małego Dziecka, bo z tego okresu nic nie pamiętam). Przez okres podstawówki osiem razy zmieniałam miejsce zamieszkania, a tym samym chodziłam do ośmiu różnych szkół. Pewnego majowego dnia  nie pytając mnie o zdanie, ojciec zabrał mnie z Domu Dziecka do domu. Choć prosiłam, nie poczekał nawet do końca roku szkolnego. Mój poukładany świat kolejny raz runął. Musiałam rozstać się z koleżankami, wychowawcami a przede wszystkim z moją Panią NINĄ. Nawet nie mogłam jej o tym powiadomić. W domu, oprócz żony ojca(pani R), mieszkał brat Aleksander (pracował i uczył się) oraz dwójka małych dzieci, dziewczynka A (dwa lata i trzy miesiące) i chłopiec R (cztery miesiące). Moje następne przyrodnie rodzeństwo. I tak rozpoczął się kolejny rozdział w moim życiu. Ojciec zmienił taktykę. Nigdy więcej mnie nie uderzył, ale znęcał się nade mną psychicznie. Zabrał mnie z Domu Dziecka, żeby mieć tanią nianię i służącą.

W domu robiłam prawie wszystko. Dzieliłam pokój z maluszkami. Wstawałam w nocy, aby przewinąć i nakarmić braciszka. Rano budziłam się nieprzytomna ze zmęczenia, biegłam do sklepu po świeże mleko i pieczywo. Jeśli miałam czas to jadłam śniadanie i szłam do szkoły. Po szkole pomagałam pani R przy obiedzie (obierałam ziemniaki, włoszczyznę, buraki, marchewkę itp.), wynosiłam śmieci, zmywałam naczynia. Po obiedzie, musiałam wyjść na dwugodzinny spacer z dziećmi. Potem brałam się za pranie i sprzątanie, a od wiosny do jesieni musiałam dbać również o działkę. Pani R nie pracowała zawodowo. Miała całkowity zakaz wychodzenia z domu oraz zakaz wpuszczania kogokolwiek do domu. Na wszystkich oknach były założone łańcuchy, na których była kłódka, tak, że okno można było tylko minimalnie otworzyć, aby wywietrzyć pokój. Na drzwiach wejściowych ojciec powiesił taki specjalny dzwoneczek, po to, żeby słyszał czy ktoś przypadkiem nie wychodzi z domu, kiedy on odpoczywa lub śpi. Wszystko było w najmniejszym szczególe przemyślane, aby miał PEŁNĄ KONTROLĘ nad domownikami. Jego żona p. R była zahukana i zastraszona przez ojca wcale niemniej niż ja. Tak jak ja, prawie w ogóle się nie odzywała. Z domu wychodziła kilka razy w roku w towarzystwie ojca, a latem na działkę nieopodal domu (oczywiście tez wyłącznie z ojcem.) Ja nie wychodziłam nigdzie poza szkołą, zakupami, działką i spacerem z dziećmi. Nie potrafię Wam powiedzieć jak mój ojciec to robił, że wszyscy zawsze panicznie się go baliśmy, włącznie z jego żonami i konkubinami. Ale tak było. Ja nie miałam wstępu do pokoi ojca, kiedy wychodził z domu swój pokój „osobisty”, który był największy, zamykał na klucz nawet przed swoją żoną. Jeśli chciałam obejrzeć coś w telewizji nie przekraczając progu jego pokoju, musiałam prosić, a przede wszystkim sobie na to „zasłużyć”. Zawsze znalazł pretekst, żeby mi odmówić. Mówił wtedy „ nie masz przypadkiem niczego do zrobienia? Na pewno wszystko zrobiłaś, co do Ciebie należy? Chyba jeszcze nie umyłaś dobrze podłogi?” Albo, „chyba musisz się jeszcze pouczyć?” itp. Ale to wszystko, o czym piszę to pestka naprzeciw tego, że ojciec zamykał przede mną na klucz nawet szafkę z jedzeniem w kuchni. Lodówkę kupił meblową i trzymał ją w pokoju. Czy wiecie jak czuje się dziecko widząc jak ojciec w pokoju je dobrą wędlinę, owoce, jajka, smakołyki, ciasteczka, czekoladki, a ja jak służąca w kuchni zawsze chleb z dżemem lub ze smalcem? Tylko obiad dostawałam taki sam, ale też jadłam w kuchni sama. Ojciec z rodziną zawsze jedli w pokoju.

Miałam na osiedlu jedną koleżankę, z którą siedziałam w ławce szkolnej. Kiedyś przyszła do mnie do domu pożyczyć zeszyt, byłam akurat sama z dziećmi. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię, bo moja koleżanka zobaczyła pozamykane na klucz pokoje, a w kuchni szafkę zamkniętą na kłódkę. Na moje szczęście zachowała to dla siebie. Nigdy nikomu nie skarżyłam się i nie opowiadałam o swoim życiu. Po całym dniu naprawdę ciężkiej pracy zmęczona i śpiąca ok. 21.00 siadałam do odrabiania lekcji.

Pewnego dnia, mój brat Aleksander wrócił do domu o 22.15 I jak zwykle, wszedł do kuchni zrobić sobie herbatę (posiłki jadł u siebie w pokoju i był na swoim utrzymaniu). Ojciec wparował do kuchni, zakręcił mu gaz i zaczął wykrzykiwać, „ że to nie hotel i nie będzie wracał do domu po 22.00, brat, zaczął się tłumaczyć, że przecież zdarzyło mu się to pierwszy raz, że uciekł mu pociąg itd. Ojciec w tym momencie trzasnął go w twarz i powiedział „ wynoś mi się natychmiast z domu”. Nie pomogło tłumaczenie brata, że przecież jest późno i on nie ma gdzie pójść. Wziął najpotrzebniejsze rzeczy i wyszedł. Nigdy nie wrócił.

I tak mijały dni… tygodnie …miesiące… Tęskniłam za Amelką, babcią i panią Niną. Wieczorami tuląc się do poduszki coraz więcej płakałam i rozmawiałam ze „swoim” Bogiem.. Już nie prosiłam, ale błagałam GO, żeby dał mi siłę, abym mogła to wszystko wytrzymać psychicznie i fizycznie. Nie miałam, z kim nawet porozmawiać.

P.S. Aleksandra na parę dni przygarnęła ciocia. Wynajął pokój, pracował i uczył się zaocznie. Mateusz, Jarek i Eliza byli w internacie i nadal uczęszczali do szkoły średniej. Amelka mieszkała z babcią. Z mamą kontakt się urwał.

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nina A. T.

09 lis


Wychowankowie, którzy uczęszczali do szkół średnich nadal byli pod „opieką” Domu Dziecka i jeśli nie wyjeżdżali do rodziny, to ferie, wakacje i wszystkie święta spędzali w D.D. Dlatego też w lutym 1969 roku wysłali naszą trójkę mnie, Elizę i Jarka, na zimowisko do Kampinosu. Były tam dzieci z „normalnych” domów. Byliśmy jedyni z Domu Dziecka. Nie pamiętam, dlaczego? Może to był wyjazd z pracy ojca?

Pamiętam, że na tych feriach źle się czułam, wstydziłam się, ponieważ wyglądem bardzo odstawałam od innych dzieci.

Moje ubrania były stare, niemodne, często za małe lub za duże. Najtrudniejsze było chodzenie w za małych butach. Stałam, więc na uboczu, byłam małomówna i wycofana. Moja wychowawczyni pani Nina A. (23 lata ), dziwnie mi się przyglądała. Była dla mnie bardzo miła, częstowała cukierkami, zapraszała często do swojego pokoju i ze mną rozmawiała. Zastanawiałam się, dlaczego? Przecież nie miałam napisane na czole, że jestem z Domu Dziecka. Domyśliłam się później po sposobie rozmowy, że ona chyba wie, choć pewności nie miałam. Bardzo się polubiłyśmy. Czasem, w żartach  pani Nina nazywała mnie kameleonem, mówiła, że moje oczy zmieniają kolor, raz są niebieskie, a raz zielone. Na zimowisku było naprawdę fantastycznie. Poza zajęciami sportowymi, były organizowane różne atrakcje i konkursy. Pamiętam, że, wygrałam konkurs wiedzy o Leninie, (choć dzisiaj wstyd się do tego przyznać, ale takie były czasy). Nie było to takie łatwe, ponieważ w krótkim czasie musiałam przyswoić spory materiał. Razem z Jarkiem i Elizą, wygraliśmy również konkurs piosenki, śpiewaliśmy na trzy głosy „Żeglarkę”. Rozstanie było b. trudne, ale pani Nina obiecała mi, że mnie odwiedzi. Zapytałam wówczas czy wie Pani gdzie mieszkam? Odpowiedziała, że wie. Na pożegnanie dała mi swoje zdjęcie z dedykacją…

” Na pamiątkę mojej kochanej xxxxx, takie brzydkie zdjęcie, ale za to z 1000 pocałunków” N. A. 23.II.1969r

Kochana Pani Nino, nie ma Pani pojęcia jak ogromny wpływ miała Pani na moje życie.

Mam nadzieję, że dobro do Pani wróciło.

 Po powrocie do Domu Dziecka, już w najbliższą sobotę, zaraz po szkole pobiegłam na dworzec w nadziei, że P. Nina przyjedzie. Nie przyjechała. Pomyślałam sobie, że ma ważniejsze sprawy niż wizyty w D.D. Tym większe było moje zaskoczenie, jak w następną sobotę, zawołała mnie kierowniczka i powiedziała, że mam gościa. TO BYŁA P. NINA. Zabrała mnie na spacer. Długo rozmawiałyśmy, a ja nie mogłam się nią nacieszyć. Odwiedzała mnie dość często, zabierała do siebie do domu. Znowu byłam szczęśliwa. Nina była dla mnie ideałem i wzorem. Bardzo ją pokochałam. Ja też chciałam być kochana…

Amelka była już bezpieczna u babci, czasem napisała do mnie list, jeden z nich  zakończyła tymi słowami

„Kochana siostrzyczko, dziękuję Ci za wszystko co dla mnie zrobiłaś i za to, że tak dobrze mną się

opiekowałaś. Byłaś dla mnie jak matka.” i narysowała serduszko.

I tak mijały dni… tygodnie… Wieczorami tuląc się do poduszki prosiłam „swojego” Boga, żeby, choć Niny mi nie zabierał…

Prosiłam, Boga, aby sprawił, żeby to moje szczęście trwało… bo ja już nie miałam siły cierpieć.

Moje szczęście nie trwało jednak długo…


P.S. Moja Pani Nina od wielu lat jest znaną osobą publiczną. Nigdy nie miałam odwagi się z nią spotkać, choć to było moje marzenie. Śledzę jej karierę, oglądam zdjęcia w internecie i cieszę się razem z nią, choć ona o tym nie wie. Zawsze byłam i jestem ciekawa czy ona mnie pamięta?

Jej zdjęcie z dedykacją mam do dziś, choć trochę sfatygowane przez moje pierwszego psa.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mama i Babcia.

08 lis

Pewnego dnia  dostałam list od mojego brata Mateusza Napisał w nim, że odnalazł naszą mamę gdzieś na Dolnym Śląsku i mama w święta wielkanocne odwiedzi nas w Domu Dziecka. Moja radość nie miała granic. Czyżby moje marzenie miało się spełnić? Nie mogłam się doczekać. Nie mogłam jeść, nie mogłam spać i nie potrafiłam się na niczym skupić. Wieczorami tuląc się do poduszki, zamykałam oczy i wyobrażałam sobie, jakie to spotkanie będzie? Czy poznam mamę? Jak ona teraz wygląda? Czy ja się jej spodobam? Zdałam sobie sprawę, że jej nie pamiętam. Bałam się, żeby mama nie była mną  rozczarowana. Chodziłam wtedy do VI klasy szkoły podstawowej i nie widziałam mamy odkąd skończyłam 6 lat. W świąteczną niedzielę nie zjadłam śniadania i już raniutko pobiegłam na dworzec. Moja siostra Eliza przyszła dużo później. Na dworcu czekałam na mamę cały dzień. W tym dniu nie przyjechała. Do D.D wróciłam dopiero na kolację. Pamiętam, że wracając nie mogłam przestać płakać. Tej nocy zasnęłam, dopiero nad ranem. Rozmyślałam… Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mama może nie przyjechać i  jak katarynka powtarzałam wszystko będzie dobrze, bo ja tego bardzo chcę. Na drugi dzień nie czekając na śniadanie, znowu pobiegłam na dworzec. Eliza już nie przyszła. Może nie wierzyła, że mama przyjedzie?  Pociągi przyjeżdżały jeden za drugim, a mamy nie było. Byłam zmęczona i przemarznięta. Postanowiłam, że poczekam jeszcze do kolacji. Przyjechał kolejny pociąg. Już z daleka widziałam, jak z pociągu wysiada bardzo elegancka, piękna kobieta. Miała na sobie śliczny zielony płaszcz, a na nogach szpilki. Od razu wiedziałam, że to moja mama, choć  pamiętałam tylko jej piękne blond włosy. Podbiegłam do niej tak szybko jak tylko potrafiłam. Nie myliłam się, to była ONA!  Mama nie przywitała się ze mną tak jak to sobie wyobrażałam. Byłam taka zaaferowana, że nie zauważyłam, że przyjechał z nią również mój brat Mateusz. Bardzo się ucieszyłam, bo dawno go nie widziałam. Kiedy zbliżaliśmy się do D.D wszystkie dzieci wybiegły, aby zobaczyć moją mamę. Pytały, czy mama jest aktorką?  Była naprawdę bardzo piękna, a ja byłam taka dumna. Chciało mi się krzyczeć  „zobaczcie ja też mam mamę”. Mama została na noc. Spała w moim pokoju, było wolne łóżko, ponieważ koleżanka wyjechała na święta do domu. W nocy długo rozmawiałyśmy, nie pamiętam dokładnie, o czym, ale pamiętam, że błagałam mamę, aby zabrała Amelkę od ojca.  Choć wiedziałam, że będę za siostrą bardzo tęskniła, nie myślałam wtedy o sobie. Na drugi dzień mama, razem z bratem pojechali do domu ojca. Drzwi otworzyła pani R, z którą ojciec mieszkał. Była bardzo zdziwiona i zaskoczona, że Mateusz jest synem i że nasza matka żyje. Ojciec nie powiedział jej prawdy. Brat nawet nie wszedł do domu. Pani R spakowała rzeczy Amelki i cała trójka pojechała do miejscowości W na Śląsku. A ja od tej pory żyłam nadzieją, że kiedyś i ja pojadę do mamy i tak jak obiecałam Amelce, będziemy razem.

Pod koniec czerwca mama przysłała mnie, Elizie i Jarkowi pieniądze na podróż do babci, gdzie mieliśmy spędzić miesiąc wakacji. Babcia mieszkała w rodzinnym mieście P, gdzie się urodziliśmy. Zupełnie jej nie pamiętałam. Była wspaniałą, mądrą, spokojną, ciepłą i dobrą kobietą. Żyła skromnie i oszczędnie z emerytury nauczycielskiej. 

Eliza i Jarek, całe dnie spędzali z koleżankami i kolegami, a ja raczej towarzyszyłam babci. Dużo się od niej nauczyłam. Niestety babcia podczas tych wakacji poważnie zachorowała i musiała położyć się na jakiś czas do szpitala. Odwiedzałam ją codziennie w szpitalu. Dawała mi pieniądze, mówiła, co mam kupić i dyktowała, co i jak mam ugotować. I znowu byłam ważna, bo to ja musiałam zadbać o Elizę i Jarka. Dlaczego babcia mnie powierzyła gospodarowanie, nie wiem? Mogę tylko, przypuszczać, że musiałam być bardziej odpowiedzialna niż Eliza. Kochana Babciu, bardzo miło Cię wspominam, choć miałam okazję przebywać z Tobą tak krótko.

Do Domu Dziecka wróciliśmy chyba na początku sierpnia. Było mi ciężko, bo nie dość, że tęskniłam za Amelką, to teraz jeszcze za babcią. Ku mojemu zdziwieniu, za jakieś dwa tygodnie, przyjechał Mateusz i zawiózł mnie do mamy. Po drodze uprzedził mnie, że Amelka mieszka już na stałe u babci i tam będzie chodziła do szkoły. Zapytałam – dlaczego?  Odpowiedzi nie otrzymałam. U mamy miałam być do końca września, pomimo, że trwał rok szkolny

Mama mieszkała w niewielkim mieszkaniu, razem ze swoim drugim mężem panem E. Chciałabym bardzo napisać, że u mamy było mi dobrze, ale NIE MOGĘ. Mama prowadziła wówczas bufet na barce, która pływała po rzece. Codziennie zabierała mnie do pracy, pokazała mi jak podgrzewać flaczki, jak pakować kanapki, jakie są napoje itd. Nauczyła mnie po prostu sprzedawać. Do domu wracałyśmy, dość późno. Byłam zmęczona. Mama robiła obiadokolację (trzeba przyznać, że b. smacznie gotowała). To, że właściwie potrzebowała mnie do pracy nie było takie najgorsze. Znacznie gorzej bolały jej słowa. Ciągle na mnie krzyczała, popychała, krytykowała. Kiedy szłyśmy ulicą waliła mnie mocno w plecy, NIE GARB SIĘ – mówiła. Kazała mi chodzić kilka kroków za nią, bo przynoszę jej wstyd. Mówiła – nie dość, że jesteś ślepa (nosiłam okulary) to jeszcze garbata, że też mi się trafiły takie brzydkie dzieci. Mama przeklinała i często kłóciła się z mężem, który wcale nie był lepszy od niej.

Pomimo, że tęskniłam za Amelką, nie macie pojęcia jak bardzo się cieszyłam, że jest u babci, a nie z matką.

Z radością wróciłam  do Domu Dziecka. Jarka, ani Elizy już nie było, byli w szkołach średnich z internatem. Zostałam sama.

I tak mijały dni… tygodnie… miesiące… Nie miałam żadnego kontaktu z Amelką i resztą rodzeństwa.

Wieczorem tuląc się do  poduszki rozmawiałam ze „swoim” Bogiem. To JEMU zdradzałam swoje tajemnice, marzenia i pragnienia…Oprócz Boga, nie miałam już NIKOGO.


P.S. Wówczas, gdy ja byłam u babci Amelka była u mamy. A kiedy byłam u mamy, Amelka mieszkała już z babcią. Nie widziałam jej. Babcia wraz z Amelką, przeprowadziła się do miejscowości W, gdzie mieszkała mama. Nigdy więcej nie widziałam babci. Zmarła na zawał na początku lat siedemdziesiątych w wieku 68 lat.

W czasie tych wakacji, odwiedziłam kilka razy panią N i dwie przyrodnie siostrzyczki. Nadal żyły w skrajnej nędzy i mieszkały w tym samym maleńkim, ponurym, jednoizbowym mieszkanku.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pani J

07 lis


Nie pamiętam jak długo nie widziałam Amelki? Dla mnie to była WIECZNOŚĆ. Pewnego czerwcowego dnia, po zakończeniu roku szkolnego, przyjechała nasza ciocia i zawiozła nas (mnie, Elizę i Jarka) do ojca na wakacje. Mieszkał już w innej małej  miejscowości jeszcze bliżej W, w mieszkaniu ok 100 m2 na parterze. Możecie sobie wyobrazić moją radość na widok Amelki. Obie płakałyśmy ze szczęścia. W domu, oprócz mojej siostrzyczki, była „nowa” pani J i jej córka o rok młodsza od Amelki. Okazało się, że ojciec zabrał Amelkę z Domu Dziecka, aby córka pani J miała towarzystwo. To były ostatnie, a zarazem bardzo miłe wakacje w takim gronie. Spytacie jak to możliwe? Pani J okazała się być wspaniałą, ciepłą osobą. Dbała o nas, pozwalała na wiele, mogliśmy wejść nawet do pokoju ojca, a pokoje nie były zamknięte na klucz tak jak zawsze. Mogliśmy się bawić, śmiać, wychodzić na podwórko itd. Pani J była krawcową, więc uszyła nam śliczne sukieneczki. Pamiętam, że Eliza miała niebieską z białym kołnierzykiem, a ja biało- czerwoną. Ojca mało widzieliśmy, wracał późno z pracy i ku naszemu zdziwieniu, nie bił nas. Nadal jednak baliśmy się go i jak tylko wracał z pracy, w domu panowała idealna cisza.

Nasze szczęście trwało ponad miesiąc. To był jedyny taki radosny czas w moim dzieciństwie. Niestety ojciec chyba nie mógł znieść naszego szczęścia i na trzy tygodnie przed końcem wakacji odesłał nas do Domu Dziecka.

Dlaczego? Otóż pani J nie postępowała z nami tak jak wymagał tego ojciec, tzn. zgodnie z jego zakazami i nakazami. A więc skoro była mu nieposłuszna, co trzeba zrobić? Po prostu z nią się rozstać. Tak też zrobił. Pani J miała jeden dzień na opuszczenie domu ze swoją córeczką. I tak jak wspomniałam trójka wróciła do bidula, a Amelka i Aleksander mieszkali nadal z ojcem.

Wracając, płakałam i wciąż powtarzałam, wszystko będzie dobrze bo,  ja tego bardzo chcę .

I tak mijały dni… tygodnie … miesiące…

Tęskniłam bardzo za Amelką. Postanowiłam, że bez względu na to, co się będzie działo, pojadę do domu ją odwiedzić. Wsiadłam na gapę do pociągu podmiejskiego i z dwoma przesiadkami dotarłam do domu. Bałam się okropnie, żeby nie złapał mnie konduktor. Ale udało się. Starsze koleżanki udzieliły mi porad jak mam nie dać się złapać. Jeszcze bardziej bałam się jak przyjmie mnie ojciec. Tak jak przypuszczałam nie chciał wpuścić mnie do domu. On krzyczał, a ja nie przestawałam prosić i tłumaczyć, że wejdę tylko na chwilę zobaczyć się z Amelką. W końcu mnie wpuścił.  Nie wiem czy bał się, żeby nie usłyszeli mnie sąsiedzi? Czy się nade mną zlitował? Zapytałam, czy mogę wejść do pokoju Amelki. Odburknął – wejdź, ale tylko na chwilę. Myślałam, że Amelka udusi mnie z radości. Spojrzałam na nią i zobaczyłam jej wystraszone oczy. Szepnęłam jej tylko do ucha, nie martw się siostrzyczko, będę do ciebie przyjeżdżała. Nikt i nic mi w tym nie przeszkodzi. Wychodząc z domu, zapytałam ojca, czy mogę czasem przyjechać do domu, że mogłabym coś uprać, posprzątać i pomóc Amelce w lekcjach. Odpowiedział – możesz, tylko nie za często.

Do Domu Dziecka wracałam jak na skrzydłach, nie bałam się nawet konduktora (ojciec nigdy nie dał mi nawet na bilet), najważniejsze, jednak było to, że zgodził się abym odwiedzała Amelkę.

Miałam wówczas 11 lat.

Czas płynął, a ja zaczęłam chyba nawet się uśmiechać.

Nie było tak źle uczyłam się dobrze, śpiewałam w chórze, grałam w orkiestrze, no i nie miałam z nikim zatargów w D.D.  Bawiłam się i cieszyłam jak inne dzieci.

W niedzielę (w soboty też chodziłam do szkoły), jeździłam do Amelki, sprawdzałam jej wszystkie zeszyty, poprawiałam błędy. Prałam jej ubrania, czasem nawet udało mi się coś zszyć, czy przyszyć guzik. Odpowiadałam na jej pytania i tak jak potrafiłam, tłumaczyłam, że kiedyś jeszcze będziemy razem.

I tak mijał dzień za dniem….

Najtrudniejsze były zawsze wieczory i noce. Wtedy nasilała się tęsknota, marzyłam, żeby nadszedł dzień, w którym ktoś mi pomoże…Marzyłam o tym, żeby mnie ktoś przytulił i pocieszył… Marzyłam o tym, żeby ktoś powiedział mi, że mnie kocha…Może jednak mama? Tuląc się do poduszki zamykałam oczy i wyobrażałam sobie ten dzień…


P.S. Mojego brata Mateusza, nie było z nami na tych wakacjach.

Miał wtedy 15 lat i jak wcześniej pisałam był w szkole z internatem gdzieś na Śląsku. Nie przyjechał, ponieważ ojciec nie wysłał mu pieniędzy na bilet. Wielka szkoda. Pani J była chyba jedyną osobą, która sprzeciwiła się mojemu ojcu i nie była mu posłuszna traktując nas po ludzku.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dom Dziecka

05 lis

Był piękny słoneczny majowy poranek. Ojciec nie poszedł do pracy. Po śniadaniu, oznajmił Amelce, mnie, Elizie i Jarkowi, abyśmy spakowali swoje ubrania. Nikt z nas nawet nie śmiał zapytać, dokąd jedziemy, ale pamiętam, że w duchu cieszyłam się bardzo. Po chwili milczenia usłyszeliśmy „Mam Was dość, wyjeżdżacie”. Spakowaliśmy się i zeszliśmy do samochodu. Pomyślałam sobie wtedy, że wszędzie będzie lepiej niż w domu. Zastanawiałam się tylko, co stanie się z Mateuszem i Aleksandrem? Dlaczego oni zostają? Nie dawało mi to spokoju. Nie pamiętam jak długo jechaliśmy, samochód zatrzymał się przed ogromnym domem z ogrodem. „Wysiadajcie” – powiedział ojciec. Okazało się, że to był Dom Dziecka w miejscowości S pod W. I tak rozpoczął się nowy rozdział w moim życiu.
Początkowo cała nasza czwórka trafiła do jednej grupy. Po wakacjach, (które spędziliśmy w D D), każde z nas było już w „swojej grupie” wiekowej. W  „bidulu” (potocznie) nie było tak źle. Ubolewałam tylko nad tym, że nie jestem w grupie z Amelką. Na szczęście mogłam nadal się nią opiekować. Pomagałam jej w lekcjach, sprawdzałam zeszyty, prałam jej ubranka. W nocy  wysadzałam ją na siusiu, ponieważ często  jej się zdarzało zmoczyć. Moja siostra Eliza i brat Jarek, mieli swoich kolegów i koleżanki, pierwsze sympatie. Żyli swoim życiem i zapominali, że mają młodsze rodzeństwo. Ja trzymałam się z Amelką. Jak miała jakiś problem zwracała się do mnie. Byłam dumna, że jestem komuś potrzebna. Powoli zapominałam o złych chwilach w domu ojca, choć w D. D też nie było rewelacyjnie. Chodziliśmy do szkoły razem z dziećmi, z tzw. „normalnych” domów. Dzieci wytykały nas palcami i wykrzykiwały – „idą  te z bidula”. Śmiały się z naszych ubrań, wykrzykiwały, że nawet nasi rodzice nas nie chcą. Miałam to szczęście, że byłam najlepszą uczennicą w klasie i tym  „zapracowałam” sobie na „szacunek” nauczycieli i dzieci. Brałam udział we wszystkich możliwych konkursach i zawodach sportowych, zawsze z dobrym rezultatem. Dlaczego to robiłam? Myślę, że w ten sposób „szukałam”  akceptacji. Za wszelką cenę, chciałam  udowodnić wszystkim, że ja też jestem coś „warta”. W nagrodę byłam jedną z pierwszych wychowanek, której urządzono pokój nowymi meblami. Nie spałam już na metalowym łóżku, lecz na ładnym tapczaniku. W pokoju ( czteroosobowym) miałam stolik, krzesła, ładną szafę. Nie musiałam tak jak wszyscy odrabiać lekcji w tzw. uczelni, lecz w swoim pokoju. Koleżanki, pod pretekstem wyjścia do toalety, przybiegały do mnie i prosiły o pomoc w lekcjach. Bywało, że musiałam napisać 5-6 wypracowań na jeden temat, tak, żeby nikt nie zorientował się, że pisała to jedna osoba. Czułam się ważna i potrzebna. Przyzwyczaiłam się do życia w Domu Dziecka, bywało różnie, ale ogólnie podobało mi się tam bardziej niż w domu rodzinnym. Może jedynie częściej byłam głodna? Pamiętam jak „wystawaliśmy” przed okienkiem gdzie wydawano posiłki i prosiliśmy o kawałek chleba, a pani przeganiała nas jakąś miotłą. Ale co tam, najważniejsze, że już nas nikt nie bił, a Amelka częściej się uśmiechała. Niestety inne dzieci czasem były bite przez wychowawców. Nigdy nie zapomnę widoku, jak kierowniczka napluła w twarz mojej najlepszej koleżance. To było obrzydliwe. Dlaczego nas traktowano inaczej? Nie wiem? Może, dlatego, że nasz ojciec był prawnikiem? Na swój sposób byłam szczęśliwa, miałam przecież przy sobie moją ukochaną małą siostrzyczkę, której byłam potrzebna. Miałam koleżanki, mogłam wychodzić gdzie chciałam, grałam w ping-ponga, jeździłam na sankach, łyżwach i można nawet powiedzieć, że byłam „uprzywilejowana”. Ojciec nigdy nas tam nie odwiedził.
I tak mijały dni… tygodnie… miesiące…
Moja radość nie trwała długo… Pewnego dnia, kiedy wróciłam ze szkoły, Amelki już nie było. Jej wychowawczyni, powiedziała mi, że ojciec zabrał ją do domu. Dostałam ataku płaczu, „nie płacz – powiedziała pani, Amelka już tu nie wróci, a Ty powinnaś się z tego cieszyć”. Jak bardzo się myliła. Myśl, że znowu straciłam Amelkę była nie do zniesienia. Runął mój „spokojny” świat.
Wieczorami, tuliłam poduszkę i bujając się, cichutko śpiewałam ulubioną kołysankę Amelki, a łzy same spływały po policzkach…
..”Ach śpij kochanie. Jeśli gwiazdkę z nieba chcesz dostaniesz. Czego pragniesz daj mi znać. Ja ci wszystko mogę dać. Więc dlaczego nie chcesz spać?..” Zasypiając  wciąż sobie powtarzałam   „Wszystko będzie dobrze, bo ja tego bardzo chcę”

P.S. Mateusza ojciec umieścił w szkole z internatem bardzo daleko od domu. Nigdy więcej nie przekroczył progu domu rodzinnego. Miał wtedy 14 lat. Aleksander został przy ojcu i chodził do technikum. W wieku 16 lat podjął pracę i uczył się zaocznie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Sadysta

04 lis

W 1966 roku nasza rodzina przeprowadziła się do miasteczka w centralnej Polsce. Przypuszczam, że mój wujek (człowiek wpływowy) załatwił mojemu ojcu tzw. przeniesienie. Zamieszkaliśmy na osiedlu wojskowym w miejscowości B, gdzie ojciec objął stanowisko dyrektora dużego kompleksu hotelowego. W bloku, na tym samym piętrze mieliśmy dwa mieszkania. Jedno dwupokojowe, gdzie zajmowaliśmy w szóstkę jeden pokój, drugi był ojca, oraz kawalerkę, gdzie miał biuro i tam odwiedzały go jakieś dwie kobiety. Ten okres był chyba najtrudniejszy w moim dzieciństwie. Nie przypuszczałam, że może być jeszcze gorzej. Nie mieszkała z nami „na stale” żadna pani. O naszej mamie nie mówiło się w domu i nie mieliśmy z nią żadnego kontaktu, a jej obraz powoli się zacierał. Sami robiliśmy wszystko, sprzątanie gotowanie, pranie, prasowanie, posiłki itd. Ale to akurat nie było ani złe ani uciążliwe. Pewnie byli byśmy nawet najszczęśliwsi na świecie, gdyby nie… Wiem, że o tym już pisałam i wybaczcie mi, że się powtarzam, ale tym razem to już nie było „zwykłe” bicie, to były tortury fizyczne i psychiczne!!! To był okres, w którym niemal codziennie ojciec, bezlitośnie nas bił i upokarzał. Amelkę (II kl.), mnie( III kl.), Elizę (V kl.), Jarka (VI kl.), Mateusza (VII kl. poszedł do szkoły o rok wcześniej) i Aleksandra (VII kl.) Ojciec bił nas za wszystko, za rzekomy bałagan (w domu było b. czysto, ale czasem wystarczył jeden znaleziony okruszek), za to, że za dużo zjedliśmy, za to, że przyszła koleżanka czy kolega, za to, że mówimy głośno lub śmiejemy się, za to, że wyszliśmy na sanki. Mieliśmy zakaz wychodzenia gdziekolwiek, poza wyjściem do szkoły. Boże, jak my się go baliśmy. Kiedy wracał z pracy do domu, wszyscy dosłownie zamieraliśmy ze strachu. Ojciec robił „obchód”, następnie nas wołał, stawaliśmy przed nim w rzędzie od najmłodszego do najstarszego na baczność. A on zadawał pytania. Po czym brał gruby skórzany pas, stawiał na środku pokoju taboret i mówił, kto ile dostaje pasów i za co. „Wszyscy za jednego, jeden za wszystkich”, krzyczał.  Każde z nas musiało zsunąć spodnie i położyć się na taborecie, a on wymierzał pasy głośno licząc, RAZ, DWA, TRZY, CZTERY, PIĘĆ….  Minimalna kara to 5 pasów, maksymalna 20. Płacząc błagaliśmy, żeby nas nie bił, ale on NIGDY nie odstąpił od wymierzenia obiecanej kary!!! Czasem jak miał dobry humor, pytałam go czy mogę dostać pasy za Amelkę, a on się zgadzał. Wtedy dużo łatwiej było mi znieść karę. Pewnego dnia coś się we mnie zacięło i przyrzekłam sobie, że ojciec nigdy więcej nie zobaczy moich łez. Kładłam się na taboret, ojciec wymierzał mi od 5-10 pasów, a ja nawet nie drgnęłam, nie zapłakałam. Bił mnie wtedy coraz mocniej, żeby mnie złamać. BYŁAM NIEPOKONANA. Wstałam podziękowałam, pocałowałam go w rękę (tego wymagał), biegłam do toalety i zakrywając rękoma twarz wybuchałam płaczem, z bólu „zagryzłam” palce.

Zwykle na drugi dzień w szkole nie mogłam usiąść na pupie, trzymałam to jedną to drugą stronę lekko nad ławką podpierając się rękoma. Wieczorami tuliłam się do poduszki i rozmawiałam z Bogiem. Prosiłam GO, aby, nas zabrał z tego piekła! Aby coś zrobił… Pytałam – przecież widzisz Boże, co on nam robi, więc dlaczego na to pozwalasz? I tak mijały dni… tygodnie… miesiące… a ja cichutko szlochając, wciąż sobie powtarzałam… WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE, BO JA TEGO BARDZO CHCĘ…

Na szczęście nie trwało to długo.

P.S. Jak się z czasem okazało dwie panie, które odwiedzały ojca były w ciąży. Na świat przyszła następna dwójka dzieci.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pani N

03 lis


Kiedy wróciłam od cioci do ojca, oprócz mojego starszego rodzeństwa w domu zastałam jeszcze panią N ( konkubina mojego taty) i dwie dziewczynki w wieku 4 i 15 miesięcy (przyrodnie siostry). Ojciec i pani N pracowali, a ja i moja starsza o dwa lata siostra Eliza, zajmowałyśmy się dziewczynkami. Mnie przypadły w udziale godziny ranne, bo tylko ja i Amelka, chodziłyśmy do szkoły na „popołudnie”, byłyśmy najmłodsze. Pani N nauczyła mnie przygotowywać mleko, gotować kaszkę i zupki dla dzieci. Pokazała mi jak przewijać i myć niemowlę. Podobno byłam odpowiedzialna, tak, więc tata nie bał się powierzyć mi pod opiekę trójki młodszego rodzeństwa. Było mi bardzo ciężko, ale dawałam sobie radę. Wszystko było dobrze, dopóki któraś z dziewczynek nie zaczęła płakać. Wtedy i ja najchętniej usiadłabym i płakała. Ok godz. 12.00 zmieniała mnie Eliza. Ubierałam Amelkę i biegłam do szkoły. Jak nie trudno się domyśleć, po szkole musiałam jeszcze odrobić lekcje, przygotować ubranka dla siebie i Amelki, sprawdzić jej lekcje, pomóc coś w domu itp. Miałam wówczas 9 lat. Moje starsze rodzeństwo, jak to zwykle bywa, zawsze mnie „wykorzystywało”. Zupełnie nie interesowali się ani mną, ani Amelką i nie pomagali nam w niczym. Dlaczego? Nie wiem. Może, dlatego, że byli starsi od nas? A może, dlatego, że nie byli wystarczająco wrażliwi?  Może, dlatego, że skrywali się za swoimi maskami i udawali twardzieli? A może tak jak i ja płakali do poduszki i dusili w sobie emocje? Najbardziej kochałam Amelkę, ona mnie potrzebowała i mogła zawsze na mnie liczyć. Czułam, że jest bardzo wrażliwa, dlatego była mi tak bliska. Była całym moim Światem.

Pani N, kobieta bardzo cicha i spokojna, rzadko się odzywała, z domu mogła wychodzić (tak zresztą jak wszystkie żony i konkubiny,) tylko w towarzystwie  ojca ( jak wcześniej wspomniałam razem też pracowali). A kiedy wychodził z domu sam, zamykał nas wszystkich na klucz (od środka nie można było otworzyć drzwi a w oknach były kraty). Zapytacie jak to możliwe? Dla mojego ojca wszystko było możliwe. Odwlekałam moment, kiedy będę musiała o nim napisać. To nie był tata, to był tyran i sadysta. Panicznie się go baliśmy. W domu chodziliśmy na paluszkach, cichutko siedzieliśmy w swoim pokoju, aby go przypadkiem czymś nie zdenerwować. Zawsze znalazł pretekst lub powód, żeby rozstawić nas po kątach. Kazał nam klęczeć i trzymać ręce w górze, aż mdlały. Za większe „przewinienia” (np. wyjście na podwórko), wymierzał karę skórzanym grubym paskiem. Pamiętam jak najstarszy brat Alek klęcząc na kolanach błagał ojca, aby go nie bił, płakał i wołał „ tatuśku mój kochany, przyrzekam, że już będę grzeczny”, nie mówiąc już o tym, że czasem któreś z nas posiusiało się z bólu. Po wymierzonej „odbytej” karze, musieliśmy powiedzieć dziękuję i pocałować ojca w  rękę. Pamiętam jego wyraz twarzy, uśmiechał się ironicznie jakby sprawiało mu to ogromną przyjemność, że nas bije i upokarza.

I tak mijały dni, tygodnie, miesiące… Pewnego dnia, kiedy wróciłam ze szkoły, w domu nie było już pani N i jej dzieci. Zastanawiałam się, co się stało? Nikt mi tego nie wytłumaczył. Po raz kolejny przeżyłam bolesne rozstanie. Dowiedziałam się, że mój ojciec po prostu je wyrzucił z domu. Zamieszkały w maleńkim jednoizbowym mieszkanku w suterenie, gdzie było zimno, ponuro i nie dochodziło słońce. Czasem je tam odwiedzałam w strachu przed ojcem, bo to było b. duże przewinienie. Żyły w skrajnej nędzy, ale „wyrwały” się ze szpon ojca. Miały przede wszystkim mamę, która je KOCHAŁA!!! A chyba nie ma nic cenniejszego na świecie od MIŁOŚCI MATKI?! Tak bardzo JEJ pragnęłam i za NIĄ tęskniłam. Wieczorami zamykałam oczy i wyobrażałam sobie dzień, w którym przyjedzie moja mama, przytuli mnie i powie „KOCHAM Cię moja córeczko”… Szlochałam i zakrywałam twarz poduszką, żeby nikt nie „usłyszał” mojej tęsknoty..

Płakać też nam nie było wolno

Czy wiecie, jak boli TĘSKNOTA? To ból nie do opisania…


P.S. Z czasem dowiedziałam się, że mój ojciec wcześniej wyrzucił z domu swoją pierwszą żonę Jadwigę odbierając jej syna Kacpra (wychowywali go dziadkowie), i moją mamę (była drugą żoną ojca i urodziła mu sześcioro dzieci). To jeszcze nie koniec wyrzucania…

 

 

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wigilia

01 lis


Rok 1963 – Wigilia. Pamiętam jak biegłam po schodach, bo ktoś powiedział mi, że przyjechała moja mama i zabierze nas na święta  do domu. Możecie sobie wyobrazić moją radość? Spakowałam rzeczy Amelki i swoje, wzięłam mamę za rękę i wyszłyśmy z Domu Dziecka. Poszłyśmy na przystanek PKS. Było bardzo mroźno. Już na przystanku moja mama zaczęła narzekać, „po co ja tu przyjechałam? Po co mi to było?”. Zaczęła przeklinać i krzyczeć na nas. Z tych świąt nie wiele pamiętam, jedynie to, że w domu u mamy była przerażona babcia, która nie miała nic do powiedzenia. A mama ciągle na nas krzyczała i kazała leżeć w łóżku pod pierzyną. Jak wystawiłyśmy głowę biła nas  taką małą zmiotką do czyszczenia dywanów. Myślę, że skoro nic więcej nie pamiętam to znaczy, że w domu mamy nic dobrego mnie nie spotkało?  Nie pamiętam choinki, nie pamiętam, żebym dostała jakiś prezent, nie pamiętam, żeby było ciepło w tym domu…Dlaczego  pamiętam, że krzyczała i biła? Dlaczego pamiętam wystraszoną babcię? Co było później i jak dotarłyśmy  do Domu Dziecka też nie pamiętam, ale cieszyłam się, że tam wróciłyśmy.

I znów pozostały mi tylko marzenia i wiara, że coś zmieni się w moim życiu na lepsze. Wciąż sobie powtarzałam „wszystko będzie dobrze, bo ja tego bardzo chcę”…

Wieczorami, tuląc się do poduszki, „wyobrażałam” sobie w swoich myślach jak jest u taty i miałam nadzieję, że może kiedyś on przyjedzie po nas i znów będziemy wszyscy razem.

Mijały  dni, tygodnie, miesiące…

Poszłam do szkoły i miałam już ponad 7 lat. Pewnego słonecznego dnia, przyjechał do Domu Dziecka tata i zabrał nas do domu. Po paru dniach spędzonych w domu rodzinnym tata wywiózł mnie i Amelkę do cioci ( siostra taty), która mieszkała w wielkim mieście, bardzo daleko od nas.

U cioci byłyśmy razem dwa tygodnie. Mąż cioci, człowiek bez uczuć i emocji, był na jakimś wysokim stanowisku. Ciocia też pracowała, a w domu była przemiła gosposia, która zajmowała się domem i mieszkała razem z nami. Bywałyśmy z ciocią u różnych wysoko „postawionych” osób, często odwiedzałyśmy pewną piękną aktorkę (ciocia nazywała ją Lusią) .

To były wspaniałe dwa tygodnie. Widziałam uśmiechniętą i szczęśliwą moją małą siostrzyczkę. Moja radość niestety trwała krótko, po dwóch tygodniach nagle Amelka zniknęła, a ja zostałam u cioci sama. Jak się okazało Amelka wróciła do domu ojca. Nawet się z nią nie pożegnałam.

Wówczas nie rozumiałam, dlaczego nas rozdzielono, dlaczego ja zostałam a ona wyjechała? Nikt mi tego nie wytłumaczył, nikt mnie nie pytał czy ja tego chcę?

I znów mijały dni, tygodnie, miesiące…

Tęskniłam za swoją Amelką i resztą rodzeństwa, ale nikt  nie słyszał mojego wołania i płaczu. Nikt nie widział moich smutnych oczu…Minął rok, a ja nie przestałam tęsknić. U cioci niczego mi nie brakowało, miałam piękny pokój, piękne zabawki, ubrania a gosposia była dla mnie bardzo dobra. Czy aby na pewno niczego mi  brakowało?  Ciocia i wujek, nie mieli własnych dzieci. Problem tkwił w tym, że byli to ludzie bardzo zimni, bez żadnych uczuć do siebie a tym bardziej do mnie. W domu panował spokój, nigdy nie słyszałam podniesionego głosu domowników a tym bardziej kłótni. Poza zwykłymi „służbowymi” sprawami nikt ze mną nie rozmawiał, czułam się u nich bardzo źle i obco. Tęsknota była coraz większa. Miałam 8 lat i  6 miesięcy i nie potrafiłam sama rozwiązać swojego problemu. W mojej  małej główce „narodził” się pomysł. Postanowiłam, że będę robiła cioci na złość i celowo będę niegrzeczna a wówczas może wrócę do domu. ( były to  małe „grzeszki”). Nie chciałam żadnego bogactwa, pragnęłam tylko jednego, być z moją małą siostrzyczką Amelką i resztą rodzeństwa. Tak też się stało, ciocia, odwiozła mnie do domu a moja radość była OGROMNA!

 P.S. Jak się później okazało ciocia z wujkiem, za zgodą mojego taty i mamy mieli mnie adoptować, a sprawa była już w Sądzie.

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Piwnica

01 lis

Urodziłam się w południowo wschodniej Polsce w latach pięćdziesiątych. Mój ojciec był prawnikiem, mama była piękną kobietą…Wolałabym nie pamiętać swojego dzieciństwa…


Kiedy miałam 6 lat moi rodzice rozeszli się, wszystkie dzieci (sześcioro), pozostało z ojcem. Zapytacie, dlaczego? Mama nie miała warunków, aby się nami opiekować. A może nie chciała? Może się bała, że nie da sobie rady z tak liczną gromadką dzieci? A może po prostu nas nie kochała?
Nie pamiętam, aby mama kiedykolwiek mnie przytuliła, pocałowała czy powiedziała mi choćby jedno czułe słowo….
Pamiętam natomiast dzień kiedy ja (6 lat)i moja młodsza siostra (5 lat) trafiłyśmy do Domu Dziecka w miejscowości M. To był dziwny dom, w którym każda 14-16 letnia dziewczyna miała pod opieką jedną małą dziewczynkę. Do dziś pamiętam nazwisko dziewczyny( Wróbel), która miała mnie pod opieką. Była bezwzględna i okrutna. Wykorzystywała mnie pod każdym względem, a kiedy jej podpadłam (podobno byłam grzecznym dzieckiem), za karę zamykała mnie na noc do piwnicy. Siadałam sobie na schodku blisko drzwi i wsłuchiwałam się jak biegają i piszczą szczury. Bałam się, ale nie płakałam… Czy wiecie, o czym wtedy myślałam? Dziękowałam Bogu, że to ja siedzę w tej ciemnej piwnicy a nie moja ukochana młodsza siostrzyczka.
Dzień, kiedy wtrącano do piwnicy moją siostrę, zapadł w mojej pamięci na zawsze!!! Nigdy nie zapomnę jak Amelka broniła się przed tym, a jej opiekunka uderzyła ją i z noska poleciała jej krew. Opiekunka krzyczała na nią, że zabrudzi fartuch, a Amelka płacząc i prosząc cichutko powtarzała „ja siama, ja siama to upiorę”…TO BYŁ DLA MNIE KOSZMAR!!! Czułam jakby ktoś wyrywał mi moje małe serduszko. Stałam pod drzwiami piwnicy i uspakajałam siostrzyczkę, wołając „jestem tu, słyszysz, jestem tu….nie bój się,  jestem tu…”
Na drugi dzień uprałam fartuszek Amelki.
Nie ważne było, co ja przeżywam i jak cierpiałam, dla mnie najważniejsza na świecie była moja mała siostrzyczka.
Pamiętam, że czasami na podwieczorek dostawałyśmy herbatniki i kiedyś Amelce wypadły wszystkie do piaskownicy. Zaczęła płakać, a ja podbiegłam przytuliłam ją i oddając jej swoje ciasteczka powiedziałam „nie martw się, wszystko będzie dobrze”.
I tak płynęły dni…Jeden smutniejszy od drugiego…
Kiedy kładłam się do łóżka ściskając mocno poduszkę, zamykałam oczy, marzyłam i wyobrażałam sobie dzień, w którym przyjedzie po nas tata lub mama i zabierze nas do domu i wciąż sobie powtarzałam „wszystko będzie dobrze, bo ja tego bardzo chcę”.

 
Komentarze (62)

Napisane w kategorii Bez kategorii