RSS
 

Czy to była przyjaźń?

25 lip

To było w marcu ubiegłego roku, a ja dopiero teraz mogę o tym napisać, tak boleśnie przeżyłam fakt, że osoba, którą uważałam za swoją najlepszą przyjaciółkę, zawiodła mnie. Po 29 latach przyjaźni, usłyszałam od swojej przyjaciółki Marty takie słowa -
„Jestem teraz szczęśliwa i niepotrzebne mi są już żadne koleżanki ani przyjaciółki”.
Te słowa usłyszałam od niej na ulicy, jako odpowiedź na moje pytanie: „Kiedy się spotkamy na pogaduszki? ”
Przeżyłam szok, zatkało mnie i nie wiedziałam jak mam na nie zareagować. Łzy ścisnęły mi gardło, odwróciłam się na pięcie i po prostu odeszłam. Nie chciałam, aby Marta widziała, że płaczę. Bardzo szanuję Martę, zawsze liczyłam się z jej zdaniem, a nawet starałam się brać z niej przykład. Wydawało mi się, że byłyśmy sobie naprawdę bliskie. Okazało się, że to tylko ona była mi bliska.
Martę poznałam w pracy. Po paru latach naszej znajomości, jej mąż uległ wypadkowi w wyniku , którego miał amputowane nogi. Z czasem, wszyscy się od nich odwrócili. Ja byłam przy nich zawsze. Zapraszałam Martę na wszystkie swoje uroczystości rodzinne i towarzyskie, żeby choć na chwilę oderwała się od trudnej codzienności, oczywiście ja też bywałam na ich imprezach. Przez wiele lat, Marta, była zagubiona, cicha, skromna i nie miała dużo powodów do radości. W przeciwieństwie do mnie, nigdy mi się nie zwierzała. Choć moim zdaniem przyjaciółki powinny mieć do siebie zaufanie, ale brak zwierzeń ze strony Marty tłumaczyłam tym, że jest osobą zamkniętą i mało wylewną. Ja miałam troje dzieci i chorego męża, ona dwoje dzieci i męża inwalidę całkowicie od niej zależnego. Miałyśmy jedynie odmienne statusy materialne, co mnie zupełnie nie przeszkadzało. Kiedy Marcie było ciężko finansowo pomagałam jej na tyle na ile było mnie stać, co sprawiało mi dużo radości. Szczerze cieszyłam się, że mogę jej pomóc. Czasem były to pieniądze, ale raczej po prostu robiliśmy jej z moim mężem zakupy i dostarczaliśmy do domu. Widziałam, że Marta ma łzy w oczach, ale pamiętam swoje słowa , które jej wówczas powiedziałam – ”Martusiu, nie płacz, przyjaciółki powinny się wspierać, w życiu bywa różnie i może ja kiedyś przyjdę do Ciebie na talerz zupy”…. Wspierałam ją również psychicznie tak jak potrafiłam. Spędzałyśmy ze sobą dużo czasu i byłam przekonana, że się rozumiemy. Tyle nas przecież łączyło. Nawet święta spędzałyśmy przeważnie razem. Marta wiedziała o mnie wszystko, wiedziała co czuję, czego pragnę, kogo kocham, czego nie lubię, co mnie martwi itd. Nie miałam przed nią żadnych tajemnic. Traktowałam ją jak najbliższą mi osobę . Stawiałam ją zawsze na pierwszym miejscu, nawet przed swoim rodzeństwem, bo to z nią miałam najczęstszy kontakt i mieszkałyśmy blisko siebie. Wydawało mi się, że ona też jest w stosunku do mnie szczera i że nasze relacje oparte są na prawdziwej przyjaźni.
Marta pierwsza wiedziała o moich radościach, zmartwieniach czy tragediach. Natomiast ja musiałam się zawsze wszystkiego domyślać co ją cieszy, co smuci, jakie ma pragnienia, potrzeby i czego ode mnie oczekuje. Nie było to, ani łatwe, ani proste.
Sama NIGDY nic mi nie powiedziała. Choć byłyśmy tak różne, przez dwadzieścia 28 lat nawet się nie posprzeczałyśmy, a co dopiero mówić o kłótni. Myślałam, że tak powinno być między przyjaciółkami. Dzisiaj wiem, że to wcale nie było takie normalne, przyjaciółki czasem powinny się też posprzeczać, mieć inne zdanie, a nie tylko przytakiwać. Kiedy córki Marty poukładały sobie życie (dzisiaj dobrze prosperują) i wyprowadziły się z domu, tym samym i Marcie zaczęło nareszcie powodzić się dużo lepiej.  Pomimo, że Marta żyła z mężem jak pies z kotem ( przez wiele lat winiła go za swoje życie, ponieważ wypadek był z jego winy) , po wyprowadzeniu się córek , zrozumiała, że jeśli nie zmieni stosunku do męża, nie będzie miała nawet z kim porozmawiać w domu. Wróciła do Kościoła i Boga na którego, obraziła się po wypadku męża, przeszła na emeryturę , przestała burczeć na męża i zaczęła go lepiej traktować. Ich relacje zaczęły być przyjazne. Cieszyłam się z tego bardzo, bo zawsze uważałam, że los jest dla niej niesprawiedliwy. Zmiany w życiu Marty, oraz poprawa jej statusu materialnego, spowodowały, że diametralnie się zmieniła, niestety na gorsze. Stała się w rozmowach agresywna, złośliwa, wszystko krytykowała i podważała. Okazało się, że wcale nie jest osobą mało rozmowną i zamkniętą w sobie. Zaczęła mną i wszystkimi „dyrygować”, mówić jak mają lub powinni robić i postępować. Słuchałam ją, obserwowałam i nie poznawałam swojej przyjaciółki. Zadawałam sobie pytanie, jak ludzie mogą się aż tak bardzo zmienić? Może ona zawsze taka była, tylko jej sytuacja życiowa ją przerosła i przytłoczyła?
Kiedy usłyszałam od Marty słowa „Już nie potrzebuję żadnych koleżanek i przyjaciółek” coś we mnie pękło. Marta nieudolnie próbowała mnie przeprosić, ale podczas rzekomych przeprosin dowiedziałam się jaką nienawiścią i zazdrością pałała do mnie przez wiele lat. Wykrzyczała mi rzeczy, z których bardzo dawno temu jak na spowiedzi, jej się zwierzałam. Ze złością wykrzykiwała jakieś mało istotne rzeczy, które według niej nie powinnam w swoim życiu zrobić. Nawet nie pamiętałam pewnych sytuacji i zdarzeń, które przytaczała. Zaznaczam, że dotyczyło to przede mojego życia. Pomyślałam sobie wtedy, jakim to trzeba być człowiekiem, żeby dusić taką zazdrość i złość przez tyle lat, żeby w końcu po latach wykrzyczeć swojej przyjaciółce jej „błędy”? Celowo słowo błędy wzięłam w cudzysłów, bo moim zdaniem, to nie były błędy, lecz po prostu niezbyt trafnie podjęte decyzje. Każdy z nas musi w swoim w życiu podjąć wiele wyzwań i decyzji , ale to wcale nie oznacza , że wszystkie są dobre. Okazało się , że we wszystkim co robiłam Marta widziała zło, dlaczego nigdy nie rozmawiała ze mną na te tematy, choć ja zawsze się jej radziłam, ale ona tylko słuchała i potakiwała. Dlaczego tyle lat udawała moją przyjaciółkę? Pomimo, że Marta wykrzykiwała mi , śmieszne „zarzuty”,  tu może dam choć jeden przykład, Marta wykrzyczała mi jak mogłam ją zaprosić na imprezę do siebie, gdzie wszystkie kobiety były z partnerami, a ona była sama. Zaznaczam, że ja byłam wówczas wdową. Czy to nie jest śmieszny zarzut? A ja jeszcze się tłumaczyłam, mówiąc „przecież zapraszałam Cię na wszystkie swoje uroczystości”, żebyś oderwała się od codzienności i nie myślała o problemach, a Ty przychodziłaś i nigdy nic nie powiedziałaś.
No cóż, wiem o swojej przyjaciółce sporo, ale nigdy, przenigdy nie pomyślałabym nawet o tym, żeby mieć do niej jakieś pretensje i latami skrywać w sercu żale. To było przecież jej życie i miała prawo do popełniania błędów. Ona do dziś nie wie, że przez wiele lat zwierzał mi się jej mąż. Wiedziałam, że ten człowiek nie ma nikogo, komu mógłby się poskarżyć, więc jak do mnie zadzwonił, zawsze go wysłuchałam i pocieszyłam. Wiem, że próbował nawet popełnić samobójstwo, bo nie mógł już znieść traktowania go przez Martę. Na szczęście mu się nie udało. Tym sposobem byłam przyjacielem rodziny, bo Marty córki również mi się czasem zwierzały. Jednak wszystko o czym ze mną rozmawiali, do dziś zatrzymałam dla siebie. Nawet wtedy, kiedy płakałam, a Marta wyżywała się na mnie, ja milczałam. Na jej „oskarżenia” powiedziałam jej takie słowa – „wiesz Marto, nawet gdybyś w międzyczasie została panią lekkiego prowadzenia, alkoholiczką, czy narkomanką, bez względu na wszystko, zawsze pozostałabyś moją przyjaciółką. I tym stwierdzeniem, przerwałam wykrzykiwania Marty. Choć minęło od tamtej pory 16 miesięcy, wciąż zadaję sobie pytanie, dlaczego Marta czekała tyle lat, żeby wyrzucić z siebie wszystkie żale i pretensje?
Dzisiaj nadal utrzymujemy kontakt ze sobą, choć już nie tak częsty. Wybaczyłam jej, ale nie zapomniałam. Nasze relacje nigdy nie będą takie same. Pilnuję się i zwracam uwagę na to, co mogę, a czego nie mogę powiedzieć Marcie, bo nigdy nie wiadomo co usłyszę od niej za parę lub za paręnaście lat. Strach przed tym, żeby kiedyś znowu mnie nie skrzywdziła, paraliżuje mnie w naszych relacjach.
I tak mijają dni…tygodnie…miesiące… Wieczorem tuląc się do poduszki zadaję sobie pytania. Dlaczego tyle lat pozwoliła mi myśleć, że jest moim najlepszym przyjacielem? Dlaczego nie przerwała tej fałszywej przyjaźni wcześniej? Dlaczego zrobiła to dopiero wtedy kiedy poczuła się w życiu bezpiecznie? Czy koleżanki i przyjaciółki są wtedy zbędne?
Marta nigdy nie dowie się ile ta przyjaźń dla mnie znaczyła i jak dużą krzywdę mi wyrządziła odbierając mi wiarę w NIĄ.
…a myśląc o swojej najlepszej przyjaciółce dosłownie zatyka mnie z żalu i tęsknoty…bo ona zawsze będzie dla mnie ważna i na zawsze pozostanie w moim sercu.
P.S. Mam tyle empatii do ludzi, ale nie potrafię się przed nimi „bronić”… choć tak bardzo chciałabym się tego nauczyć.

 
Komentarze (14)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Tags: , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~jen

    28 lipca 2013 o 06:40

    Tak, to bardzo przykre, kiedy ktoś, kogo uważa się za przyjaciela, komu poświęciło się tak wiele nagle okazuje się kimś zupełnie innym – obcym, albo wręcz wrogo do Ciebie nastawionym. Sama zawsze wychodziłam z założenia, by żyć z ludźmi z zgodzie, niezależnie od ich statusu, pochodzenia i wykształcenia, bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo, kto Ci w potrzebie tę przysłowiową szklankę wody poda. A całkiem niedawno przeżyłam podobną historię, po której straciłam wiarę w sens takiego postępowania – jeszcze za mało czasu minęło, bym mogła o tym pisać – Tobie zajęło to rok. Może za jakiś czas, kiedy pogodzę się z sytuacją. A Tobie się udało?

     
  2. ~AgAp

    28 lipca 2013 o 08:16

    od początku wasza relacja nie była zrównoważona. Ty się zwierzałaś, dawałaś, a ona nie. może nie umie nawiązać takiej relacji. a może czuje się upokorzona pomocą- co sugeruje niedojrzałość, osoby dojrzałe potrafią przyjąć pomoc. swoją drogą- nawróciła się do Boga, a tyle w niej jadu?

     
  3. ~Daria

    28 lipca 2013 o 08:36

    Ludzie są zawistni, nawet nie wiesz jak bardzo… Tobie powodzi się dobrze – jak to możliwe, że właśnie ty masz tyle szczęścia! Należy unikać takich ludzi i szukać przyjaznych duszyczek… I tego życzę ci z całego serca… :)

    http://szminkapoasfalcie.pl/
    kobiecy blog motoryzacyjny z humorem :)

     
  4. ~Zołza69

    28 lipca 2013 o 11:49

    Witaj. Znasz powiedzenie „Strzeż mnie Boże od przyjaciół z wrogami poradzę sobie sam”? Jest bardzo adekwatne do tego co napisałaś. Sama byłam w podobnych „związkach”. To ja zawsze wyciągałam rękę do przyjaciółki, to ja się o nią zamartwiałam, czasem nawet kłóciłam z mężem, gdy mówił, że ona nie zasługuje na moją przyjaźń etc. I to ja zostawałam sama gdy potrzebowałam choćby tylko się wygadać. Teraz za przyjaciela mam boga i męża. Nikogo nie potrzebuję, a może tylko za bardzo się boje, że znów zostanę zraniona. Wolę chyba tak jak jest, choć czasem brak mi strasznie osoby ( z poza rodziny), z która mogłabym wypić kawę, pożartować :)…. Pozdrawiam. Magda

     
  5. ~bob

    28 lipca 2013 o 12:24

    prosze zmien tlo bo strasznie sie czyta biale napisy na czrnym tle.

     
  6. ~Magda

    28 lipca 2013 o 13:38

    Witaj, przeczytałam całość – ze wzruszeniem, ze współczuciem, z sympatią, z podziwem. ze łzami …. Będę zaglądać, jeśli pozwolisz. Serdeczności

     
  7. ~Bacha

    28 lipca 2013 o 17:04

    Witaj Anno! Cieszę się, ze wróciłaś do pisania bloga, mimo że historia Twojej przyjaźni napawa mnie smutkiem… Cóż, są ludzie interesowni, którzy tylko udają przyjaźń, by wykorzystywać innych…Należysz do osób szlachetnych, wręcz za dobrych a w związku z tym przyciągasz egoistów, którzy bezwzględnie, cynicznie wykorzystują Twój altruizm. Czasami trzeba mieć przynajmniej trochę zdrowego egoizmu i pomyśleć o sobie…Musisz też zacząć wymagać od innych i stawiać warunki. Nie chcę być złym prorokiem, ani w jakikolwiek sposób Cię dołować, jednak wszystko wskazuje na to, że Twój mąż, który u Twego boku dobrze się urządził , też się nie sprawdzi w sytuacji, kiedy to Ty będziesz potrzebowała pomocy. Obym się myliła!!! Życzę Ci z całego serca by było inaczej, byś spotykała samych dobrych i życzliwych ludzi na swojej drodze…Pozdrawiam :)***

     
  8. ~Anka

    29 lipca 2013 o 23:12

    Zrobiłam, jak Pani napisała c- zaczęłam od „Piwnicy” i teraz wiem, dlaczego. Z reguły zwracam się na „ty” do autorów blogów, jednak w tym przypadku piszę per Pani z szacunku i podziwu dla Pani. To co przeczytałam wstrząsnęło mną tak bardzo, że mimo, że swojemu dziecku codziennie powtarzam jak bardzo je kocham i nie szczędzę czułości, zaczęłam przytulać jeszcze bardziej. Wstrząsnęło mną tak bardzo, że miałam gdzieś jazgot „mamusi”, która wydzierała się na swojego małego synka, który upadł na rowerze i powiedziałam co o tym sądzę. Jestem pod wrażeniem Pani woli walki o każdy dzień, że mimo wszystko miała Pani „swojego Boga” – bardzo upodobałam sobie to określenie – a niejeden by zwątpił. Pozdrawiam Panią bardzo serdecznie i życzę spokoju i zdrowia.

     
  9. niepokonana

    31 sierpnia 2013 o 11:30

    :) Na Twoją prośbę zmieniłam tło. Jeszcze nie bardzo sobie radzę z nowymi funkcjami bloga. Pozdrawiam.
    niepokonana

     
  10. niepokonana

    31 sierpnia 2013 o 11:39

    Witaj Aniu, Dziękuję Ci za okazany szacunek, pomimo mojego wieku :) do mnie śmiało możesz zwracać się na „ty” . Twój synek z pewnością wie, że Go bardzo kochasz. Wszyscy popełniamy błędy, ważne jest, abyśmy potrafili je naprawiać :).
    Pozdrawiam Cię serdecznie.
    niepokonana

     
  11. niepokonana

    31 sierpnia 2013 o 11:57

    Dziękuję Ci Magdalenko :)
    Pozdrawiam.

     
  12. ~Łucja

    7 czerwca 2014 o 00:08

    Przeczytałam wszystko.Płaczę. Jesteś NIEPOKONANA. Jesteś wspaniała. Moje problemy, lęki, wydają się nagle nic nie znaczące. Moje córki śpią, jutro je przytulę.
    Panią,Ciebie też bym chciała.
    Teraz martwię się, bo milczysz prawie od roku.

     
  13. ~Basia

    21 czerwca 2014 o 22:25

    Witaj Aniu, jestem u Ciebie pierwszy raz, przeczytałam WSZYSTKO! zajelo mi troche czasu ale było warto. Pozwól , ze bede zagladac, weszłam z bloga Kasi- Mamuski….przezyłas ciezkie chwile i tragedie, pare sytuacji jest mi znanych z zycia juz mojego, jestem emerytka , zycie rowniez mnie nie oszczedzało.
    Zapraszam do siebie ….bloga pisze od paru lat…
    A do ciebie bede zagladac. Pozdrawiam
    U Kasi jestem w linku – babcia Basia, zapraszam

     
  14. ~Aniel

    30 maja 2015 o 14:09

    Wiem co czujesz…. ja też miałam „przyjaciółkę” i dopiero po 20 latach znajomości zrozumiałam jak bardzo się myliłam. Chociaż wielokrotnie nie skrzywdziła i zawsze ja za dawałam z siebie więcej niż ona a wszyscy mówili żebym dała sobie spokój nią , ja wierzyłam, że to ma sens. W końcu jednak zrozumiałam, że lepiej mi będzie jak zakończę tą fikcję. I powoli kontakt się urywa (bo tak jak myślałam ona o mnie walczyć nie będzie jak ja o nią przez tyle lat….) ale myślę, że w końcu będę szczęśliwa:)